Matka Kolumba
Wtorek, 25 kwietnia 2017 r. imieniny: Jarosława, Marka, Wiki | Wtorek II tygodnia okresu wielkanocnego | Święto Św. Marka Ewangelisty

BŁ. JULIA RODZIŃSKA

Apostołka Miłości

70 lat temu, 20 lutego 1945 roku, na stos ciał zmarłych więźniów przeznaczonych do spalenia rzucono kolejne wynędzniałe, nagie, kobiece ciało. Ktoś z szacunkiem przykrył je kawałkiem materiału...

Błogosławiona Siostra Julia Rodzińska oddała swe życie w ofierze w obozie koncentracyjnym Stutthof k. Gdańska, jako niezwykły świadek miłości. Miłości do Boga nade wszystko, która wyrażała się tu na ziemi w miłości do człowieka, przede wszystkim tego najbardziej potrzebującego. Siostra Julia nie została męczennicą nagle, z jakiegoś poruszenia serca. Do swej ofiary z życia dorastała stopniowo, poprzez codzienną wierność przykazaniom, przez pełne oddania realizowania przykazania miłości – Boga i bliźniego.

ŻYCIE BŁOGOSŁAWIONEJ SIOSTRY JULII
Nawojowa – wieś położona 8 km od Nowego Sącza, na malowniczej trasie do Krynicy. Tutaj, w pobliżu klasztoru sióstr dominikanek, mieszkał organista Michał Rodziński ze swą młodziutką żoną Marianną. Tutaj, 16. marca 1899 r, jako druga z kolei wśród pięciorga dzieci państwa Rodzińskich, przyszła na świat Stanisława Maria, późniejsza s. Julia. Dziewczynka była bardzo słaba, nie rokująca nadziei przeżycia, została ochrzczona w niebezpieczeństwie śmierci i otrzymała imiona Stanisława Maria Józefa.
Stasia wzrastała w atmosferze religijnej rodziny, czynnie zaangażowanej w życie parafii. Dopóki Marianna była zdrowa, jej dzieci miały radosne dzieciństwo, a dni płynęły spokojnie w rodzinnej harmonii. Czas beztroski jednak dla Stasi i jej rodzeństwa minął szybko. Pojawiły się kłopoty finansowe, śmierć rocznej córeczki, a wreszcie śmierć Marianny, od dłuższego czasu chorej na gruźlicę. Po dwóch latach zmarł Michał Rodziński. Stasia w chwili śmierci mamy miała osiem lat, a gdy zmarł ojciec – dziesięć. Liczna rodzina nie zainteresowała się osieroconymi dziećmi. Po pogrzebie ojca dzieci zostały rozdzielone i oddane na wychowanie - chłopcy zostali umieszczeni u jednej z rodzin, a dziewczynkami – Stasią i jej czteroletnią siostrzyczką Janiną – zaopiekowały się dominikanki. Siostry pracowały w Nawojowej (i są tam do dziś) od 1889 roku. Zgodnie z charyzmatem, zajmowały się katechizacją, podnoszeniem oświaty i opieką nad chorymi w ich domach. warto wspomnieć, że ówczesna przełożona sióstr, która przyjęła osierocone dziewczynki, sama jako sierota została przygarnięta na wychowanie do klasztoru przez Założycielkę Zgromadzenia, Sługę Bożą Matkę Kolumbę Białecką. Doświadczywszy na sobie sierocej doli, rozumiała i macierzyńskim uczuciem darzyła przygarnięte dziewczynki. Aż do jej śmierci w 1943 roku mówiły do Niej „mamo”.

Stanisława Rodzińska ukończyła w Nawojowej Szkołę Ludową prowadzoną przez dominikanki. Na dalszą edukację siostry wysłały ją do Seminarium Nauczycielskiego w Nowym Sączu. Jednocześnie w sercu dziewczyny Pan Bóg przeprowadzał Swój plan. W jej sercu dojrzewało powołanie zakonne. Pragnienie pójścia tą drogą było tak silne, że mimo sukcesów w nauce przerwała Seminarium Nauczycielskie, by rozpocząć formację zakonną w domu macierzystym Zgromadzenia w Wielowsi.
I tak, 23 sierpnia 1916 roku, 17-letnia Stasia opuściła Nawojową i w towarzystwie sióstr udających się na rekolekcje wyruszyła do Wielowsi. Rok później, 3 sierpnia 1917, otrzymała biały habit i nowe imię: Maria Julia.

Po złożeniu I-szej Profesji zakonnej, 4 września 1918 roku, siostra Julia została wysłana do Krakowa w celu kontynuowania przerwanej nauki. W maju 1919 uzyskała świadectwo maturalne w Seminarium Nauczycielskim Świętej Rodziny. Skierowana zostaje do Mielżyna koło Gniezna, gdzie wraz z grupą sióstr organizuje klasztor i Zakład dla Sierot. Już zatem od pierwszej placówki jej życie zakonne zostaje połączone z pracą wśród sierot. Jej osobiste doświadczenie ukształtowało w niej umiejętność wczuwania się w potrzeby wychowanków; jej empatia objawiała się w zawsze taktownym i delikatnym podejściu do najbardziej zakompleksionych i nadwrażliwych uczniów. Była dla nich ciepła, taktowna i delikatna. Kochała ich mądrą, czyli wymagającą miłością. Rozumiała ich i pomagała pokonywać kompleksy i leczyć wielorakie rany sierocej doli.

W 1921 roku pojechała do Rawy Ruskiej, gdzie przez rok pracowała w szkole państwowej prowadzonej przez siostry w ich budynku klasztornym. W grudniu 1922 roku pojechała do Wilna, gdyie siostry objęły Zakład dla Sierot przy ul. Witebskiej. Zapewne nie przypuszczała, że jej życie zakonne zostania związane z tym miastem na najbliższe 22 lata. Podjęła pracę nauczycielki, przez długi czas pełnieła funkcję kierowniczki szkoły powszechnej. Dała się poznać jako wybitny pedagog i wychowawca ceniony przez uczniów. Była nauczycielką wynagającą, sprawiedliwą i mobilizującą dobrym słowem do rzetelnego wysiłku w zdobywaniu wiedzy z języka polskiego, który wykładała. Jej kontakty z uczniami była spontaniczne i serdeczne, dlatego przez lata zachowali dla niej wdzięczność i miłość.

Nadeszła wojna. We wrześniu 1940 roku siostry nauczycielki i wychowawczynie zostały zwolnione z pracy. Próbowały najpierw pracować jeszcze jako personel techniczny – woźne, sprzątaczki – by troszczyć się o wychowanków. Ostatecznie jednak w styczniu 1941 roku zostały wyrzucone z miejsc pracy i z klasztoru i musiały szukać schronienia i zatrudnienia w rozproszeniu.
Po opuszczeniu klasztoru i Zakładu dla Sierot część dominikanek, z Siostrą Julią na czele, zamieszkała na kapelanii sióstr wizytek. Siostra Julia rozpoczęła tajne nauczanie, ucząc języka polskiego, historii i religii. Podjęła się także akcji organizowania żywności dla księży emerytów pozbawionych środków do życia, którą przywoziła z okolicznych wiosek, m.in. także od swej młodszej siostry, mieszkającej z rodziną w okolicy Wolna. Po aresztowaniu większości duchowieństwa wileńskiego księża emeryci ze względu na wiek i choroby byli w bardzo trudnym materialnym położeniu

12 lipca 1943 roku została aresztowana wraz z trzema innymi dominikankami i osadzona w więzieniu Gestapo na Łukiszkach. Siostra Julia została osadzona w izolatce, pozostałe siostry w celach zbiorowych. Izolatka była cementową szafą, w której można było tylko siedzieć, nie zmieniając pozycji ciała. Siostra została oskarżona o działalność polityczną i kontakty z partyzantami polskimi. W obliczu tych zarzutów zastosowano wobec Niej ostry reżim i rok ścisłej izolacji. Mimo użytych wobec niej form nacisku w czasie przesłuchań i presji izolatki, nie załamała się duchowo ani fizycznie. Nie wydała nikogo podczas przesłuchań i nie przyznała się do stawianych zarzutów. Do domu generalnego dotarła wiadomość o jej ogromnym cierpieniu i wierze w Bożą Opatrzność. Tajemnicą pozostaną duchowe przeżycia Siostry Julii związane z Łukiszkami. Jedna z więźniarek, która spotkała Siostrę prowadzoną z izolatki, opisywała potem, że z jej twarzy promieniował pokój i skupienie.

W lipcu 1944 rozpoczął się kolejny, ostatni etap męczeństwa Siostry Julii. Wraz z transportem więźniów politycznych przewieziona została do obozu koncentracyjnego Stutthof koło Gdańska. Po kilkudniowej podróży przepełnionymi wagonami bydlęcymi i serii upokorzeń trafia, jako więzień polityczny o numerze 40992 do żydowskiej części obozu, odizolowanej od całości kolczastym drutem pod wysokim napięciem. Niezwykle brutalnie traktowano tu i głodzono więźniarki, przeznaczone na okrutną śmierć. Ich los podzielić miała Siostra Julia – była przecież tylko polską zakonnicą.
W ekstremalnych warunkach życia obozowego ujawniła się głęboka pobożność Siostry Julii. W baraku, w którym były przede wszystkim żydówki różnych narodowości, zorganizowała i prowadziła wspólnotową modlitwę. Stale przypominała towarzyszkom cierpienia o wartościach religijnych, które chciał w nich zdeptać panujący system. Sama udręki obozowe znosiła spokojnie i z modlitwą na ustach. Świadkowie – byłe więźniarki – podkreślały, że w tej obozowej rzeczywistości ciągle się modliła i do tej modlitwy zachęcała innych.

Obozowy kawałek chleba zamieniła na różaniec, a organizując wieczory modlitwy różańcowej ryzykowała, że ten fakt zostanie doniesiony władzom obozowym. Jednak gdy podczas modlitwy do baraku wpadali więźniowie funkcyjni, to oni wycofywali się bez słowa, a Siostra Julia nigdy nie przerywała modlitwy. Siostra Julia nie mogła uczestniczyć we Mszy św., dlatego łączyła się duchowo z miejscami, gdzie była ona odprawiana. Przerzucała grypsy z błaganiem o przybycie kapłana; ryzykowała życie, by móc skorzystać z sakramentów.

Siostra Julia chętnie służyła innym, wręcz sama ich wyszukiwała. Uczyła ich akceptacji nieznanych planów Bożych, modlitwy i przebaczania tym, którzy zadawali cierpienia. Nieustannie zauważała ludzi słabszych, bardziej potrzebujących, którym przekazywała zorganizowaną cieplejszą odzież, z którymi dzieliła się swoją głodową racją żywności. Jedną z najgroźniejszych chorób obozowych było załamanie psychiczne. Siostra Julia budziła chęć trwania i przeżycia. Organizowane wieczory modlitwy przynosiły energię duchową i wprowadzały więźniów w inną rzeczywistość. Jej barwne opowieści o życiu zakonnym i świadectwa były lekarstwem na rany duszy. Dla załamanych zawsze znajdowała odpowiednie słowa budzące nadzieję. Żydówka Ewa Hoff tak o niej napisała: była szlachetna, chętna do pomocy i dobra. Pełniła dzieła miłosierdzia w obozie, gdzie zapomniano, że w ogóle istnieje miłosierdzie.
Wiedząc o planie samobójstwa więźnia, którego żona była razem z nią w części żydowskiej, tak długo wysyłała do niego grypsy, aż obiecał jej, że nie odbierze sobie życia. Więzień przeżył obóz i powtarzał, że siostra Julia obudziła w nim nadzieję przetrwania i przezwyciężyła lęk przed dalszym życiem obozowym.

W listopadzie 1944 wybucha w obozie kolejna epidemia tyfusu, która rozprzestrzenia się głównie wśród wyniszczonych ciężką pracą i głodem kobiet w części żydowskiej, Siostra julia podejmuje decyzję o pójściu im z pomocą. Oznaczało to świadomą ofiarę z życia. Chorzy byli bowiem pozostawieni własnemu losowi, odizolowani od innych, leżeli oczekując na śmierć. W ich baraku, zwanym umieralnią, Siostra zwilżała chorym usta zdobytą z trudem wodą, niosła słowa pociechy. Jedną z polskich więźniarek, tak wyniszczoną tyfusem, że uznano ją za martwą, w ostatniej chwili wyciągnęła ze stosu całopalnego. Więźniarka ta przeżyła i złożyła świadectwo o poświęceniu Siostry. Chorzy wzywali ją po imieniu i czekali na jej pochylenie się nad nimi; emanowała od niej dobroć i poczucie bezpieczeństwa. Niosła chorym tę nadzieję, którą sama żyła. Odchodzącym do wieczności pomagała godniej przekroczyć próg życia. Pozostała wśród nich na zawsze – zarażona tyfusem zmarła 20 lutego 1945 roku. Leżące obok niej więźniarki słyszały modlitwę odmawianą półgłosem. Cisza, która objęła pryczę Siostry Julii, była znakiem Jej odejścia do wieczności. Nagie ciało siostry, położone na stosie innych ofiar, ktoś okrył kawałkiem obozowego materiału jako wyraz wdzięczności i czci.
Więźniarki ocalone z gehenny mówiły po latach: Oddała życie za innych, umarła z poświęcenia, była aniołem dobroci.

Każdy z nas zostawia na tej ziemi ślady, od nas zależy, jakie one będą. Ludzie, którzy spotkali się z siostrą Julią, nigdy nie zapomnieli wrażenia, jakie na nich wywarła. W każdym z nich pozostał niezatarty ślad tego spotkania. W jednym ze świadectw czytamy: mam ją w oczach tak, jakby stała przede mną (...) na zawsze będę mieć w oczach ten obraz: klęcząca na drewnianym balu, wyprostowana, z uniesioną głową, z oczami skierowanymi w nieskończoność nasza siostra Julia.

odsłon: 1816 | aktualizowano: 2015-03-02 14:32 |

Zgromadzenie Sióstr
św. Dominika

Al. Kasztanowa 36, 30-227 Kraków tel. (0-12) 4252405
domgen@dominikanki.pl

© 2010 - 2017 - Wszelkie Prawa Zastrzeżone