Muzyka była jak latanie. Kiedy Stasia zamknęła oczy, czuła, że jest lekka, tak lekka jak malutkie pyłki kurzu tańczące w świetle wpadającym do nawojowskiego kościoła przez witraż. Jej sześcioletnia dusza chciała, żeby tak już zostało. Żeby nie trzeba było bosymi stopami dotykać szorstkiej ziemi. Żeby stać się jednym z tych oszałamiających dźwięków, które jej tato, wiejski organista, wyczarowywał z jakiegoś tajemniczego urządzenia hen, wysoko, wysoko. Urządzenie się nazywało organy i na pewno było człowiekiem, a przynajmniej bardzo mądrym zwierzęciem, bo śmiało się i płakało, krzyczało i opowiadało szeptem jakieś fantastyczne historie, mruczało kołysanki i wydawało wojenne okrzyki jak rycerze z legend, które czytała na dobranoc mama. Stasia mogłaby tak siedzieć i słuchać. Muzyka wznosiła się i opadała jak fale wzburzonego morza pełnego zatopionych skarbów. To dziwne granie wpadało prosto do jej serca i pozostawiało smutek. Mała Stasia nie umiała nazwać tego smutku, bo jeszcze nie znała słowa tęsknota. Mówiono, że miejsce, gdzie tato siedział i grał, to chór, ale ona wiedziała swoje. To na pewno jest niebo, a nie żaden chór. Przecież mamusia jej kiedyś tłumaczyła, że niebo jest bardzo wysoko i jest tam pięknie. I że jeśli ktoś tam trafia, to niczego już więcej nie pragnie. A ona, mała Stasia, właśnie tam trafiła. Zamieniła się w pyłek tańczący w słońcu.

(fragment powieści "Wszystko, co tutaj kochałam" autorstwa siostry Benedykty Baumann OP. Całość ukaże się nakładem Wydawnictwa Edycja świętego Pawła)