Paralaksa tła

Wspomnienie bł. Julii Rodzińskiej

Czerwiec 12, 2018
Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa
Czerwiec 8, 2018
Zjazd Rodzin w Mielżynie
Czerwiec 13, 2018

Obchodzimy dziś wspomnienie 108 męczenników II wojny światowej. Wśród nich jest nasza Siostra, bł. Julia Rodzińska. Jaka była? Oddajmy głos tym, którzy ją poznali.

Poznałam bliżej siostrę Julię w tym strasznym obozie koncentracyjnym Stutthof koło Gdańska, gdzie upokarzano nas na każdym kroku. Same selekcje już były okropne, a do zagazowania kwalifikowano według wyglądu zewnętrznego. 

Z siostrą Julią przebywałam do końca jej życia. Nigdy nie ukrywała tego, że jest siostrą zakonną. Odznaczała się niezłomnym duchem wiary, zawsze pokładała nadzieję w Bogu. Dodawała nam wszystkim otuchy, polecała Bogu, zachęcała do modlitwy. Organizowała i prowadziła wspólne modlitwy dla nas - współwięźniów. Zawsze była to modlitwa różańcowa, litania do Matki Bożej, pieśni i cały szereg układanych przez nią modlitw dostosowanych do naszych potrzeb i sytuacji. Przychodziły modlić się więźniarki różnych narodowości. Jedni drugim mówili: chodźcie na różaniec do siostry Julii. Na zawsze będę mieć w oczach ten obraz: niewielkie pomieszczenie, przepełnione ludźmi zajmującymi łóżka trzy, a nawet czteropiętrowe. Kiepskie światło i porozwieszane suszące się łachmany. Klęcząca na drewnianej belce, wyprostowana, z uniesioną głową, z oczami skierowanymi w Nieskończoność - nasza siostra Julia. W mocnych, kształtnych rękach różaniec, twarz skupiona. Ona była bardzo pobożna. Swoją pobożnością wpływała na innych. W jej pobliżu człowiek czuł potrzebę modlitwy. 

Siostra Julia odznaczała się wielką miłością Boga i Kościoła. Potajemnie organizowała spotkania z kapłanem, także więźniem, aby skorzystać z jego posługi i wyspowiadać się oraz by inni mogli pojednać się z Bogiem. W niejedno niedzielne przedpołudnie, gdy pozwalały na to okoliczności, chodziłyśmy w milczeniu wokół baraku biorąc w duchu udział we Mszy świętej. 

Kiedy zachęcałam ją do opowiadania o życiu w klasztorze, wtedy cała pochłonięta tym, co dla niej było najwyższe i najdroższe, mówiła o szlachetnym życiu zakonnym, o wspaniałych jego obyczajach i wzniosłych ceremoniach. Na zakończenie każdej takiej rozmowy, wzruszona dziękowała mi - podczas gdy to ja powinnam jej dziękować za to, co w tych rozmowach mi dawała. 

Siostra Julia pełniła dzieła miłosierdzia w obozie, gdzie niemal zapomniano, że w ogóle istnieje miłosierdzie. Była pogodna, rozmodlona, uczynna i ofiarna; nawet z narażeniem życia pomagała innym. Opiekowała się załamanymi. Wyszukiwała takich ludzi i pokrzepiała dobrym słowem. Tak podchodziła do każdej osoby, niezależnie od narodowości i wyznania. Umiała pocieszać, bo sama głęboko pokładała nadzieję w Bogu. Dzieliła się, dosłownie, wszystkim - nawet ostatnim kawałkiem chleba. Rezygnowała na rzecz bardziej głodnych niż ona.

  Często powtarzała, że Bóg wszystkim kieruje. Mówiła, że musimy być posłuszni woli Bożej, nawet jeśli przyjdzie nam to wszystko znosić w takim upokorzeniu czy też umrzeć w obozie, że wszystko w ręku Boga. Przyjmowała swój los w duchu wiary w Opatrzność Bożą, chociaż przeczuwała, że nie wyjdzie z obozu. Modliła się nieustannie i do końca służyła bliźnim. 

Przychodziła do chorych na tyfus, tak bardzo zaraźliwy, gdy inni robili wszystko, aby uniknąć spotkania z nimi. Sama będąc chora, nie chciała się położyć, bo pragnęła pomagać innym. To jej miłość, ofiarna miłość, doprowadziła ją do zarażenia się chorobą. Ale ona nie wyobrażała sobie, żeby nie być z tymi, którzy potrzebują jej pomocy. To było w niej silniejsze - ofiarna miłość. 

Przeczuwając zbliżającą się śmierć, tęskniła za swoim Zakonem, za tymi, których już nie zobaczy. Pojawiły się łzy bezsilności, ale to nie była rozpacz. Te chwile słabości przezwyciężała modlitwą, służąc chorym do końca. Siostra Julia zmarła na tyfus. Oddała życie za innych. Wśród tych, którzy przeżyli, rozchodziła się opinia, że była wielkim i świętym człowiekiem.