Paralaksa tła

Dajmy się zarazić miłością!

16 czerwca, 2020
Diana i Cecylia
8 czerwca, 2020
Dziękczynienie za bł. Julię
17 czerwca, 2020

Magda Hollander - Lafon jest jedną z ostatnich osób, które przeżyły obóz Auschwitz-Birkenau. Urodziła się w 1927 roku w Záhony na Węgrzech, a od 1979 roku mieszka w Rennes we Francji. W obliczu światowej pandemii koronawirusa wzywa nas czerpać życiową siłę z własnego wnętrza. Tekst ten opublikowany został w Biuletynie Ekumenicznej Wspólnoty CHRISTOPHORUS, do której należą także nasze siostry. Ta międzynarodowa Wspólnota skupia osoby konsekrowane należące do różnych gałęzi chrześcijaństwa - Kościoła Rzymskokatolickiego, Kościołów ewangelickich oraz Kościoła anglikańskiego.

Kwiecień jest dla mnie bardzo szczególnym miesiącem. 6 kwietnia 1945 r., rok po mojej deportacji do Auschwitz, my, czterej współwięźniowie i ja, wyrwaliśmy się z szeregów "marszu śmierci". Po sześciu dniach ukrywania się w lesie, 12 kwietnia zobaczyliśmy żołnierzy armii amerykańskiej. Baliśmy się, byliśmy głodni. Byliśmy w żałosnym stanie. Oni nam pomogli. Dzisiaj, w czasie globalnej pandemii koronawirusa, jestem świadkiem drugiej ogólnoświatowej tragedii.

Pierwszą tragedią mojego życia była deportacja jako Żydówki węgierskiego pochodzenia w kwietniu 1944 r. W poprzednich miesiącach my, Żydzi, doświadczyliśmy dyskryminacji i prześladowań. Miałam wtedy 14 lat. Zabroniono mi chodzić do szkoły. Nie wolno już było pracować rzemieślnikom. Nie mieliśmy z czego żyć. Traktowano nas jak przedmioty, które można było wykorzystywać.

W tamtych czasach nigdy nie słyszałem słowa "braterstwo". Nigdy nie słyszałem słowa "solidarność". Nigdy nie doświadczyłem ani jednego gestu solidarności. Doświadczyłem ignorancji, pogardy, obojętności i nienawiści. Naprawdę mogę powiedzieć, że doświadczyłem tego, co oznaczała dyktatura: byliśmy skazani na milczenie, żyliśmy w strachu, w strachu przed tym drugim, który w każdej chwili mógł nas potępić.

Kiedy byliśmy deportowani, nie było wokół nas nic, poza przerażającą obojętnością. My, Żydzi węgierscy, w liczbie 450 000, musieliśmy doświadczyć masowej deportacji wiosną 1944 roku. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, a mianowicie, że zostaniemy deportowani w celu eksterminacji. Było wydane polecenie zagłady Żydów. Mieliśmy doświadczyć ludobójstwa, "całkowitego wyniszczenia" przez innych ludzi.

W obozach dowiedziałem się, czym jest strach, strach przed innymi. Strach nas paraliżuje, jesteśmy bez słów, już nie istniejemy. Każdy może robić z nami, co chce.

Jednocześnie w obozach odkryłam to, co uważam za prawdziwy dar: wyzbyłam się strachu. Doświadczyłam tego po zaakceptowaniu faktu, że na czeka na mnie śmierć. Kiedy przyjęłam ten strach, mówiąc do siebie: "umrę", z mojego wnętrza wyrosła siła życiowa. Mój umysł całkowicie wyzwolił się od wszystkiego, co krępowało wyobraźnię; mogłam na nowo odkryć życie. Nigdy więcej nie bałam się... nigdy więcej. (…)

Kiedy ktoś zbliżał się do mnie, żeby mnie uderzyć, a Bóg wie, co to znaczy być pobitym w obozie, nie czułam już tych ciosów. Byłam prawie całkowicie zatopiona w rozmyślaniach o tym, co mogłabym zrobić, co mogłabym wymyślić, aby przetrwać trochę dłużej. Jeśli przyznajemy się do swojego strachu, to nie ma on przewagi nad nami, bo wtedy to my istniejemy i nie pozostawiamy mu całej przestrzeni działania.

Dzisiejsza sytuacja jest zupełnie inna, nawet jeśli obawiamy się w tym czasie światowego kryzysu zdrowotnego ze wszystkimi jego ograniczeniami mającymi na celu ochronę naszego życia. Ale to nie inni ludzie nam zagrażają, tylko malutki, nieznany wcześniej wirus. Można bać się czegoś znanego jak i nieznanego.

Dla mnie ważne jest to, aby nadać sens temu, czego doświadczamy w tym czasie ograniczeń. Co to znaczy? Po pierwsze, musimy uznać rzeczywistość tego, czego doświadczamy. Musimy przyznać, że ta rzeczywistość jest trudna, że cierpimy z jej powodu. Ona zagraża naszemu życiu i życiu innych. Ona może nas podzielić. Jest to ciężka próba dla tych, którzy dbają o nasze zdrowie, dla tych, którzy dla nas pracują i dla tych, którzy nie mogą już wykonywać swojej pracy. Także dla tych, którzy są samotni, odizolowani, bez środków do życia lub którzy nie mogą odprowadzić w ostatniej drodze swoich zmarłych. Ta rzeczywistość jest trudna dla małżeństw i dzieci. Ona może być przesłanką dla przyszłych problemów gospodarczych i politycznych. Dla najbiedniejszych krajów możemy przewidzieć poważną katastrofę.

Musimy pamiętać, że to my sami decydujemy o tym, jak chcemy żyć, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze "jutro". Nasze "dzisiaj" zależy od tego, jak przeżyjemy ten kryzys: możemy dramatyzować, krytykować, interpretować. Możemy czuć się przeciążeni, zamknięci w sobie, czuć się jak ofiary. Albo możemy przeżyć ten czas z pokorą, zwracając się do naszego wnętrza i znajdując siłę życiową, która jest w każdym z nas. W naszym sercu znajdują się zaufanie, nadzieja i pragnienie jedności. To my możemy obudzić w sobie pragnienie relacji, miłości, akceptacji i wdzięczności.

Dzisiaj jestem oszołomiona wielością gestów solidarności. Słowo "solidarność" dotyka mnie głęboko. Być solidarnym oznacza w pełni uznać drugiego człowieka w jego istnieniu. (...) Spojrzenie, uśmiech, słowo, telefon do kogoś – przez to możemy dzielić się życiem. Wszystkie te gesty pokazują, że każdy może zrobić co w jego mocy, że może poświęcić swoją uwagę i wyobraźnię w służbie drugiemu. Jeśli umiemy zatroszczyć się o siebie, to powinniśmy rozwijać również troskę o bliźniego, w jakiejkolwiek sytuacji by on się nie znajdował.

Nasze "jutro" zależy od tego, jak przeżyjemy „dzisiaj”. Liczy się nasza gotowość do znoszenia cierpienia i umiejętność przyjmowania go na siebie. Moje doświadczenie z obozów dało mi pewność, że posiadamy w sobie wielką i niepowtarzalną energię, która pozwala nam odnaleźć siłę do codziennego odkrywania życia na nowo. Ten kryzys zmusza nas do okazania większej solidarności, do odkrycia sił, które w nas tkwią i o których nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy, i do robienia wszystkiego, co w naszej mocy, tam gdzie jesteśmy.

Ponieważ chodzi o zarażenie: niech to będzie zarażenie miłością i służbą dla innych. Wtedy może się okazać, że jutro czekają nas dobre niespodzianki.

Magda Hollander-Lafon