Paralaksa tła

Duchowe narodziny Zgromadzenia

Lipiec 2, 2019
W radosnym ogrodzie Zakonu…
Czerwiec 30, 2019
Wyznanie Niewiernego Tomasza
Lipiec 3, 2019

2 lipca 1856 roku Róża Białecka spotkała się z Generałem Zakonu Kaznodziejskiego, o. Wincentym Jandel'em. Tego dnia duchowo narodziło się nasze Zgromadzenie.

Ojciec Wincenty Jandel schował twarz w dłoniach. Kościół był pusty. W nawach i stallach miękko rozpływał się jeszcze zapach kadzidła po skończonym nabożeństwie z racji dorocznego odpustu, jaki świętowano w Podkamieniu 2 lipca, na Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny. Ostatni akord organów rozbił się o strop świątyni. Nareszcie koniec dnia. Jeszcze tylko to jedno spotkanie… Ma do niego przyjść jakaś dziewczyna z prośbą o pomoc w rozeznaniu powołania. Jeden Bóg wie, jak bardzo mu brakuje siły na tę rozmowę. Ile już ich było, tych młodych, irytująco egzaltowanych kandydatek. Ich zapał przypomina liście na wietrze. Są zawsze uśmiechnięte, pełne naiwnego entuzjazmu, gotowe na wszystko, a potem się okazuje, że chcą tylko uczyć dzieci i nie wyobrażają sobie w klasztorze innej pracy, toteż reagują nieopisanym zdumieniem, gdy matka mistrzyni da im do ręki wiadro i szczotkę i każe szorować schody. Inne są przekonane, że będą cały czas się modlić, śpiewać i wyszywać serwetki. Wystarczy kilka słów na temat twardej zakonnej codzienności i znikają jak bogaty młodzieniec z Ewangelii, który miał zbyt wiele do stracenia, żeby pójść za Chrystusem.

Czuł, że jest już stary i zmęczony. Wizytacja dominikańskich klasztorów w Galicji, zarówno męskich, jak i żeńskich, kosztowała go zbyt wiele. Mniszki klauzurowe wychodzą o dowolnych porach do miasta, a drzwi od rozmównicy nie zamykają się, tyle przez ich klasztory przewija się gości. Ojcowie i bracia spędzają czas na przyjęciach w dworach i pałacach, a w celach hodują rasowe psy i kanarki. Stalle podczas oficjum świecą pustkami. Kilku braci musiał zawiesić w czynnościach kapłańskich, ponieważ okazało się, że mają dzieci, jedną mniszkę wydalić z zakonu, bo umawiała się potajemnie na schadzki. Jedni patrzyli na niego jak na policjanta, inni jak na intruza albo szaleńca, jeszcze inni jak na idealistę, który żąda rzeczy niemożliwych, a byli i tacy, którzy uważali, że nie idzie z duchem czasu. Nie wiedzieć czemu, cisnęły mu się do głowy, pulsującej nieznośnym bólem, słowa z Ewangelii świętego Jana: PRZYSZŁO DO SWOJEJ WŁASNOŚCI, A SWOI GO NIE PRZYJĘLI… Jezu, przecież ja mam iść tą samą drogą, co Ty. Do tego jestem wezwany. Dlaczego więc się skarżę, że brak mi sił? – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Odwrócił się, żeby zobaczyć, do kogo należy ten mocny, zdecydowany, dźwięczny głos i ta płynna francuszczyzna. To chyba ta dziewczyna. Patrzy na niego śmiało, uważnie, a jednak jest w jej tonie głosu, gestach, ruchach, całym zachowaniu pewna delikatność, która natychmiast budzi jego zaufanie (...). Popatrzył na nią. Była taka bezbronna i krucha. I taka silna, ale nie swoją ludzką siłą, lecz siłą, którą czerpała z zaufania Jezusowi. Temu, którego kochała ponad wszystko. Takiej kobiety potrzebował, bo od jakiegoś czasu rodził się w jego sercu pewien zamysł. Z początku uznał to za szaleństwo. Zakon dominikański w Galicji podupada, a on będzie wymyślał jakieś nowości. Ale im bardziej rozważał to na modlitwie, tym silniejsze było pragnienie. Tak, ta dziewczyna jest odpowiedzią na jego modlitwy.

(fragment powieści "Na końcu schodów", Wydawnictwo Diecezjalne w Sandomierzu, 2019, Wydanie II poprawione)

s. Benedykta Baumann OP