Paralaksa tła

Jezus może wszystko

12 grudnia, 2019
Grudniowe Czuwanie dla młodzieży
11 grudnia, 2019
Katolicy w świecie internetowym
16 grudnia, 2019

Gdybyście 17 lat temu powiedzieli mi, że będę w dominikańskim habicie mówić do was o Bogu, to na pewno bym was wyśmiała. Ale na szczęście Bóg ma swoje sposoby i poczucie humoru.

Wychowałam się w niewierzącej rodzinie, więc naturalną konsekwencją takiego wyboru była decyzja rodziców, że nie chrzczą swoich dzieci. Mam jeszcze dwóch braci. Tak, 28 lat żyłam bez Boga i nawet nie wiedząc kim jest i że Go potrzebuję. Ale cały czas szukałam nie wiedząc czego. Moją największą pasją był teatr i to chyba nim wypełniałam pustkę w sercu. Szczęść lat prowadziłam grupę teatralną wspólnie z moim kolegą. Odnosiliśmy sukcesy pracując z młodzieżą. No ale kiedy wracałam do domu okazywało się, że mam w sobie ogromną pustkę. To takie szczęście, które znamy - ulotne, nie oparte na Bogu. Bo ja wiem, że życie bez Boga jest bez sensu. Tak po ludzku patrząc - moje życie było poukładane. Miałam pracę, która była moją pasją, bo zajmowałam się kulturą w powiecie. No i teatr z młodzieżą odnoszący sukcesy i znany w naszym mieście. Ale nie byłam szczęśliwa. Ubierałam się na czarno, bo chciałam pokazać jak bezsensowna jest pustka życiowa... No i moje serce pełne było zgorzknienia związanego z nieprzebaczeniem. Nie umiałam przebaczyć i to zjadało mnie od środka. Bo tak działa nienawiść, że niszczy nie tego kto zawinił, ale tego, kto nie potrafi przebaczyć. Taka w skrócie była moja sytuacja. Wtedy pojechałam na ślub mojego kolegi, z którym prowadziłam teatr. Jezus umie znaleźć drogę do każdego a mnie złapał na...aparat fotograficzny. W kościele na Mszy Ślubnej chyba zaczęłam słuchać, bo do teraz pamiętam jak zaczynało się kazanie. A potem na weselu okazało się, że ksiądz robi zdjęcia i to było dla mnie fascynujące. Kapłan, który zajmuje się sztuką. Nagle, nie wiem skąd, w moim sercu pojawiło się natchnienie, że mam do niego podejść i dość złośliwie zapytać: „Skoro ksiądz wszystko wie, bo wy podobno wiecie wszystko, to niech mi ksiądz powie, co mam zrobić, żeby moje życie nie było takie bez sensu.” Oczywiście to natchnienie było tak odważne, że ja nie potrafiłam tego zrobić. Biłam się z myślami całą noc aż w końcu ksiądz zniknął.

Najbliższy czas po powrocie ta myśl nie dawała mi spokoju, więc zdobyłam numer telefonu i napisałam anonimowego sms-a. Ksiądz miał zasadę nie odpowiadać na anonimowe sms-y, ale na tego odpowiedział. Jakoś wtedy zrobił wyjątek. Nie mówiąc nikomu pojechałam do Wrocławia. Ksiądz był Salezjaninem. a ten ślub odbył się 24 maja we wspomnienie MB Wspomożenia Wiernych – patronki tego zgromadzenia. Wiem, że to Maryja mnie znalazła i o mnie walczyła.

Kiedy przyjechałam do księdza, usiadłam i naprawdę szczerze wyznałam, że ja nie wiem co tutaj robię. Powiedział tylko: „Wiesz, wiesz...” i posypały się z mojego serca słowa. Nie wiem, ile czasu mówiłam, ale bardzo długo, a ksiądz nie przerywał. Wyrzuciłam z siebie wszystko, cały syf jaki miałam. Teraz wiem, że to było jak spowiedź, ale ja wtedy nie mogłam się spowiadać, bo byłam nieochrzczona. Najważniejsze jednak było to, że spotkałam Jezusa. Wreszcie stał przy mnie Ktoś, kto nie oceniał mnie i taką właśnie zaakceptował. Co to było za spotkanie, odkrycie. Jezus kocha mnie z całym najgorszym brudem i syfem jaki mam w sercu. Przecież to zmienia wszystko. A najpiękniejsze jest to, że taki cud każdy z nas może przeżyć w czasie każdej spowiedzi. Na koniec, kiedy ksiądz powiedział, że gdyby w moim życiu był Jezus, to On by wiedział, co ma mi poradzić, ale skoro nie wierzę... otworzyła się w moim sercu jakaś furtka. Powiedziałam, że ja nie chcę już nie wierzyć i tak dłużej żyć. Ksiądz dał mi Pismo Święte - Ewangelię świętego Marka i wysłał do domu.

Wyjeżdżałam wtedy na wakacje w Bory Tucholskie. Piękne, dzikie tereny, bez ludzi, sklepów i prawie bez zasięgu. Idealne miejsce na walkę duchową - walkę rozumu z sercem. Towarzyszył mi Jezus w Słowie, którego jeszcze wtedy nie rozumiałam, ale Ono rozumiało mnie. Czytałam Ewangelię i nie wiedziałam nawet co to znaczy modlitwa, czemu Jezus gdzieś się oddala i po co. W tej walce wygrało serce, bo ja się zakochałam. Pojechałam do księdza prosić o chrzest. Ksiądz zrobił bardzo mądrą rzecz, tzn. stwierdził, że ja potrzebuję wspólnoty i znalazł mi taką bliżej mojego domu, u dominikanów w Poznaniu. Tak trafiłam do katechumenatu, czyli wspólnoty osób dorosłych przygotowujących się do przyjęcia sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. W noc Paschy przed Wielkanocą miałam przyjąć wszystkie trzy sakramenty: chrzest, bierzmowanie i komunię. W tej właśnie kolejności. Przygotowania w grupie trwały rok. Była nas szóstka. Mieliśmy osoby, które były za nas szczególnie odpowiedzialne przez ten czas i pomagały nam wejść w życie chrześcijańskie. Do teraz mam dla nich ogromną wdzięczność i modlę się za nie. Miałam wielką potrzebę bycia na Eucharystii, choć początkowo wcale nie wiedziałam co trzeba na niej robić. Uczyłam się właściwie wszystkiego szukając wokół siebie osób wierzących. Osób, które mi pomogą i wyjaśnią, co się dzieje w trakcie Mszy Świętej, ale nie tylko. W moim teatrze znalazłam Agnieszkę, która jest ode mnie 9 lat młodsza i to właśnie ona stała się moją nauczycielką w sprawach wiary a potem również matką chrzestną. Uczyła mnie odmawiać różaniec, odpowiadała na tysiące moich pytań, które miałam zachwycając się Jezusem i wiarą.

Oczywiście nie wszyscy, którzy zostali razem ze mną ochrzczeni poszli do klasztoru. Pierwsze wezwanie usłyszałam, kiedy pojechałam do Wrocławia, by prosić o chrzest. Wiedziałam już, że będę siostrą zakonną. Nie wiem skąd, a raczej wiem, że to nie był mój pomysł. Nie znałam żadnej siostry i nie wiedziałam, co Pan Bóg ma na myśli, ale nie dyskutowałam, tylko słuchałam. A Jezus odsłania nam kolejno naszą przyszłość, bo nie jesteśmy w stanie znieść wszystkiego od razu. Na pierwszych rekolekcjach zakonnych byłam w innym zgromadzeniu jeszcze przed chrztem. Tak wielkie było moje pragnie. Tam tylko upewniłam się, że to jest moja droga, ale nie w tym zgromadzeniu. A pojechałam tam po to, by poznać swojego kierownika duchowego. Teraz wiem, jak ważny to był krok w rozeznawaniu powołania i słuchaniu Kościoła.

Przez katechumenat blisko mi było do duchowości dominikańskiej, więc szukałam żeńskiej gałęzi zakonu. Tak „wygooglowałam” nasze Zgromadzenie. Kiedy przyjechałam do Krakowa na dzień skupienia i weszłam do klasztoru na Al. Kasztanowej już wiedziałam, że to będzie mój dom. Siostra Karmela musiała wtedy odpowiedzieć na wiele pytań. Jakieś dwa tygodnie po chrzcie byłam na rozmowie z Matką prosząc o przyjęcie. Matka Julia poradziła, bym poznała charyzmat i swojego Ukochanego zachęcając mnie do przyjazdów. Tak minął mi kolejny rok. Jakoś co dwa tygodnie po pracy w piątek wsiadałam w pociąg i w sobotę rano wysiadałam w Krakowie. Modliłam się z siostrami i wracałam w niedzielę. W moim sercu była coraz większa miłość. Powoli zamykałam swoje dawne życie, zwolniłam się z pracy, zlikwidowałam mieszkanie. Moja Mama odwiozła mnie do klasztoru, choć wiem, że to nie było dla niej łatwe. Moja decyzja poruszyła rodziców ale ponieważ mnie kochają, towarzyszyli mi w tej, na początku niezrozumiałej, drodze jaką wybrałam. Bo taka jest prawdziwa miłość. Przez te lata wspierają mnie na każdym etapie życia zakonnego, ale to już osobny temat...

Spotkanie z Jezusem zmieniło coś bardzo ważnego. Nieprzebaczenie, urazy, ocenianie jakie nie dawały mi pokoju, Jezus zabrał i uleczył. Zmagałam się z nimi sama 28 lat życia, a Jezus zabrał je z mojego serca w rok. Bo Jezus może wszystko, czego świadectwem jest moje życie i to co w nim zrobił...

s. Augustyna Król OP