Pamiętam jak Matka Fundatorka wstępowała po drodze do Chorzelowa, siedziby moich Rodziców, mając przeszło 70 kilometrów, często złej drogi, do stacji kolei. Radość była z przyjazdu tej Drogiej Matki!

Przypominam sobie Jej postać niskiego wzrostu, niemal filigranową, ze śliczną ascetyczną twarzą, oczami o ile mi się wydaje niebieskimi, pełnymi anielskiego wyrazu, świętości i dobroci niezrównanej, którą musiała zjednywać sobie wszystkich.

Trudno zrozumieć, jak w tym wątłym ciele, znalazło się tyle siły, tyle twórczej pracy i zaparcia się siebie, by stworzyć to wielkie dzieło, obejmujące dziś i drugą półkulę, jedynie z tej gorącej miłości Bożej, którą pałała, gorliwości o Jego chwałę i pragnienia, by Jemu Jednemu służyć! Widocznie sam Bóg to dzieło prowadził!

Chociaż Wielowieś była oddalona od Chorzelowa o przeszło 6 mil, uważaliśmy zawsze Matkę Kolumbę i SS. Dominikanki, za specjalne nasze Zakonnice.

Za bytnością w Dzikowie odwiedzała ją moja Matka wraz z dziećmi i pamiętam jak Matka Fundatorka pokazywała jej, mojemu Wujostwu z Dzikowa i młodym, postępy w wykańczaniu i ozdabianiu kaplicy. Byłam za młodą, by sobie zdać sprawę o całej doniosłości wpływu, jaki Matka Kolumba wywierała na ludność okoliczną, ale o ile wiem, Ona i całe Zgromadzenie budziło jak największą cześć, uszanowanie i przywiązanie. Siostry były ogromnie czynne, a kierowały nimi duch i ręka Przewielebnej ich Fundatorki.

Duch też podtrzymywał ciało, pracy było wiele, a siły i zdrowie wątłe, nie oszczędzała ich jednak Matka w podróżach, przy zakładaniu nowych domów i w podróży do Rzymu, by uzyskać od Ojca Świętego potwierdzenie Reguły Sióstr Dominikanek. Wujostwo moi Jan i Zofia z Zamojskich, synowa Gabryeli, która ją po śmierci zastąpiła, byli w ciągłym z Matką Kolumbą kontakcie, a równocześnie z Ks. Biskupem Łobosem, ówczesnym Ordynariuszem Tarnowskim. Polecił on mojej Ciotce, by chowała wszelkie listy i karteczki Matki Kolumby, bo mogą być one potrzebne do Jej Kanonizacji. Przypuszczam, że zginęły one w pożarze Zamku Dzikowskiego. Niestety za prędko, według mniemania ludzi skoczyły się Jej dni… Choroba płuc nurtowała tę wątłą istotę i zabrał ją do siebie Pan, którego tak bardzo umiłowała. Odchodząc z tego świata, nie zapomniała o tych, których za życia łaskami swymi darzyła. Zostawiła i nam pamiątki, z których dwie przeznaczone mojej siostrze posiadam – figurkę św. Antoniego, i wizerunek Pana Jezusa w Koronie Cierniowej, uważam je jako wielkie świętości, bardzo drogie memu sercu. Posiadam też fotografię Matki Fundatorki, trochę zniszczoną, ale oddającą jej anielski wyraz. Niestety, w obecnej chwili nie mogę się do nich dostać. Gdy Matka życie zakończyła Siostry Dominikanki pragnęły gorąco, by ciało Jej zostało złożone w ogrodzie jak najbliżej kaplicy i Pana Jezusa. Zwróciły się One i zapewne moja ciotka do Ks. Bpa Łobosa o pozwolenie, które uzyskały i tam drogie jej szczątki do dziś pozostają, przy tej kaplicy, którą z gorącej miłości stworzyła.