Przyjechałam do Wielowsi dnia 2 sierpnia 1886 roku celem odwiedzenia towarzyszki moich dziecinnych lat, która wstąpiła do Sióstr Dominikanek. Na wstępie zostałam ujęta tym, że raczyła do mnie zejść i porozmawiać ze mną Najprzewielebniejsza Matka Fundatorka. Ujęła mnie też całą swoją postacią – wzrostu mniej niż średniego, szczupła, wątła Jej postać – gdy szła zdawało mi się, że płynie. Stąpała lekko, kroków nie było słychać. Oczy jej duże, ciemne – gdy patrzyła, mówiła mi do duszy – w obejściu niesłychanie uprzejma.

Po krótkiej ze mną wymianie słów, powiedziała z przekonaniem: „Moje Dziecko, zostaniesz u nas zakonnicą”. Odpowiedziałam Jej – dobrze – i zostałam. Siłą głosu Matki i Jej całą postacią, przywiązałam się do Zgromadzenia, którego Fundatorką była. – Gdy potem nadwątlone moje zdrowie, potrzebowało niestety wyjątków, Matka Kolumba sama potrzebująca, trawiona gorączką gruźliczą – przeznaczony dla odwilżania ust kieliszek wina, odstępowała dla mnie. To zrzeczenie się kieliszka wina Matki naszej na rzecz moją, przyjmowałam jako cząstkę należną sobie: - dziś to inaczej pojmuję – była to ofiara, ofiara wielka chorej Matki. Ten kieliszek wina, mógł być dla Matki środkiem orzeźwiającym i wzmacniającym Jej upadłe siły w czasie ciężkiej choroby płuc.

Przyjmował mnie na próbę Ks. Arcybiskup Weber wraz z dwoma towarzyszkami zmarłymi już: s. Kolumbą i s. Akwinatą – (przyjechał podówczas do Wielowsi). Pierwszy raz my, młode aspirantki, wraz z Nowicjatem śpiewałyśmy umiłowaną pieśń Matki Fundatorki: „Quid retribuam Domino”. Pamiętam, Ojciec Weber siedział na tronie biskupim (tytuł Ojca dawałyśmy Arcybiskupowi), a Matka Fundatorka siedziała nisko jak gołąbka Boża, zatopiona była, słuchając tej pieśni.

Upłynęło kilka miesięcy od przyjęcia – zdrowie moje szwankowało – czułam, że rosnę, ale marnieję. Poprosiłam więc Czcigodnej Matki, aby mi pozwoliła pojechać do rodziców. Matka Fundatorka udzieliła mi pozwolenia, a gdy ja wspomniałam, że rodzice powrócą koszta podróży, posmutniała i powiedziała: „Widzę Dziecko, [że] nie czujesz się członkiem Zgromadzenia, kiedy mówisz, że rodzice wrócą koszta podróży – otóż ja ci, Dziecko, drogę opłacę”. – gdy siostry wątpiły czy wrócę do klasztoru, Czcigodna Matka powiedziała: „Wróci i wytrwa”. I jestem 63 rok w klasztorze i obchodziłam już dwa jubileusze.

Widziałam nieraz, jak Czcigodna Matka, u której miesiące życia były już policzone, chociaż sama słaba, spieszyła do każdej chorej siostry, nawet w nocy, ze słowem otuchy dla cierpiącej. Sama doznałam tego serca macierzyńskiego Matki, gdy byłam chora – przychodziła cichutko, kładła czule rękę na czole, pytając co bym potrzebowała.

Postępowanie Czcigodnej Matki było stanowcze w upominaniu. Upominała tylko wtedy, gdy chodziło o obrazę Pana Jezusa. Umiała Matka Fundatorka tak przemówić, że ze skruchą za winę odchodziłyśmy od Niej.

Zawsze zjednoczona z Bogiem, szukała w swej pracy tylko chwały Bożej. Często widywały Ją Siostry rozmodloną, klęczącą na chórze w kaplicy, albo u stóp ołtarza. Gdy schodziła do kaplicy, bojaźliwa, brała zawsze ze sobą najmłodszą probantkę, późniejszą s. Stanisławę Leniart. Matka podkładała jej wtenczas dywanik pod nogi, a sama klęczała na gołej posadzce, - i gdy ta znużona długim czekaniem na Matkę zasypiała, wówczas Matka opierała jej głowę nie budząc, a sama pogrążała się w adoracji Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Szczegóły te zeznaję przy świadkach: Ojcu Kajetanie Kosiatym, Dominikaninie i Ks. Kajetanie Gruszeckim.