Paralaksa tła

Przyszedł mi do głowy pomysł…

21 czerwca, 2018
Czerwcowe czuwanie w Białej Niżnej
20 czerwca, 2018
Wakacje
22 czerwca, 2018

Chrystus nie chce tych, co go podziwiają, ale tych, co Go naśladują. (Soren Aabye Kierkegaard)

W ciągu ostatnich ośmiu lat podejmuję życie, które ludzie nazywają życiem zakonnym. Jak do tego doszło? Już opowiadam.

Od dzieciństwa chciałam robić rzeczy unikalne, nietypowe, różnorakie. Jeszcze na dodatek chciałam robić coś bez korzyści dla siebie. To stanowiło problem, bo z czasem trzeba było konkretniej się określić – wybrać kierunek dla przyszłego życia. Świadomość tego, że bez zarobków długo nie da się żyć, szybko sprowadziła mnie na ziemię i przekreślała moje pragnienia. Ciągle chciałam mając minimum robić maksimum! Ale bez rzeczywistego życia Ewangelią takie podejście i motywacja były dość płytkie.

W wieku 14 lat przyszedł mi do głowy pomysł, żeby żyć według zasad Chrystusa. Wszędzie, nie tylko w kościele. Zaczęłam od domu. Zwykle byłam uparta i nieposłuszna względem najbliższych. Postanowiłam rozpocząć właśnie od tego. Pierwszy raz w życiu poszłam do sklepu na prośbę mamy (wcześnie zrzucałam to na brata lub siostrę). Pracę nad sobą ze względu na Jezusa można by porównać z poruszeniem skały. Ale właśnie to poruszenie tak mnie zachwyciło, że chciałam iść dalej, mimo trudu.

W szkole było jeszcze trudniej. Byłam jedyną katoliczką (w całej szkole 500 osób, nas było tylko trzy). Szkolni koledzy za bardzo mnie nie lubili. Nie paliłam papierosów i nie przeklinałam. Na dodatek wymagałam od innych, żeby w mojej obecności też nie przeklinali. Znajomi szanowali moje zdanie, jednak byłam dla nich „dziwna”. Pewna grupa chłopaków ze szkoły, mocno dokuczała nauczycielom. Tę sytuację bardzo trudno było rozwiązać. Ci chłopcy byli zwyczajnie niebezpieczni. Po podjęciu decyzji kroczenia z Jezusem, nie mogłam po prostu bezczynnie siedzieć, i przyglądać się tej sytuacji. Więc wstałam i na ich oczach zburzyłam wszystkie ich plany. Myślałam że mnie pobiją, byli wściekli, ale nic mi nie zrobili. Dzięki temu, że ja pierwsza się odważyłam, koleżanki zaczęły się otwierać i pomagać mi, żeby rozsiewać dobro w naszej szkole.

W kościele było cudownie. Tam byłam gotowa spędzać cały swój czas. Nawet czasem opuszczałam lekcje, by zdążyć na Mszę św. Byłam zawsze chętna do pomocy i nie było dla mnie istotne jaką pracę trzeba było wykonywać. Tam był cały smak życia, tam miałam pełno przyjaciół. Zaczęło mnie martwić, że w przyszłości nie będę mogła spędzać tak dużo czasu w kościele. Trzeba było to rozwiązać. I tak zostałam dominikanką.

Rodzice byli bardzo zdziwieni, że siostry mnie przyjęły (szczególnie Tato). „Ty przecież cały klasztor rozwalisz i za dwa tygodnie cie wyrzucą!” – mówił. Ale jestem już ósmy rok w zgromadzeniu, a klasztor nadal stoi na swoim miejscu.

Zadziwiam się tym życiem coraz bardziej. Nie wiem co przede mną, co dla mnie przygotował Bóg. Wiem jednak, że ufać Mu, to jakby skakać z helikoptera bez spadochronu. Większego ekstremum nie potrzeba. Spróbuj!
(Jeżeli przeczytałeś – pomódl się za mnie).

S. Maksymiliana Paulenka OP