Paralaksa tła

Sztuka jest zawsze po coś

Lipiec 10, 2019
Powołanie do świętości
Lipiec 4, 2019
Złoty Jubileusz w Prowincji Amerykańskiej
Lipiec 11, 2019

Nie mam nic przeciwko ukazywaniu zła na scenie, ekranie czy płótnie. Nie gorszę się obrazami przemocy i seksu. Pod jednym warunkiem: taki zabieg czy temat musi czemuś służyć, a więc poruszać, zmuszać do refleksji, budzić sumienie, niepokoić – mówi s. Benedykta Karolina Baumann OP w rozmowie z Michałem Jóźwiakiem.

Michał Jóźwiak: Napisała Siostra dwie powieści i wiele scenariuszy spektakli teatralnych. Mogłaby Siostra opowiedzieć o tym nieco więcej?
Benedykta Karolina Baumann OP:
Pewnie nie wpadłabym na taki pomysł, gdyby nie… klasztor. Bo to właśnie tutaj, jako siostra zakonna, odkryłam pasję pisarską i reżyserską. Oczywiście nie dokonało się to w ciągu pięciu minut. To był kilkunastoletni proces. Zaczęło się na początku życia zakonnego, kiedy jako postulantka zostałam poproszona o przygotowanie przedstawienia na imieniny matki generalnej („Karolina, tylko ty możesz się tym zająć, przecież jesteś polonistką!”). Cała reszta to już naturalna konsekwencja tego mojego pierwszego zadziwienia, że mogę takie rzeczy robić w zakonie, przełożeni pozwalają, a Bóg nie grzmi. Moją pierwszą placówką były Kielce, gdzie pracowałam w prowadzonym przez nasze siostry Specjalnym Ośrodku Wychowawczym i założyłam tam grupę teatralną „Światło”. Szybko odkryłam, że łatwiej mi coś samej napisać niż poszukać w jakiejś książce czy Internecie. A poza tym sprawia mi to większą frajdę. I tak powstały pierwsze scenariusze spektakli, zarówno religijnych, jak inspirowanych literaturą piękną. Potem pracowałam w dwóch innych domach dla osób niepełnosprawnych oraz w kilku szkołach jako katechetka. Wszędzie, gdzie tylko byłam, zakładałam zespoły teatralne. Moja przyjaciółka się ze mnie śmieje, że potrafię zrobić teatr z każdą grupą etniczną. Aktualnie katechizuję w liceum im. Bolesława Chrobrego w Kłodzku, gdzie prowadzę grupę teatralną Dzikie Koty. Mamy na koncie takie przedsięwzięcia jak musical o Adamie Mickiewiczu „Ballada o Mistrzu” czy „Wesele” Wyspiańskiego. Przytrafiło mi się także napisanie libretta do musicalu „Miłość zmartwychwstała” – o naszej bł. Siostrze Julii Rodzińskiej, dominikance z grona 108 męczenników II wojny światowej. Muzykę skomponował mój znajomy, absolwent Akademii Muzycznej w Poznaniu Przemysław Piechocki i zrealizował ten spektakl ze swoimi chórzystami z Wrześni i Środy Wielkopolskiej. Po wakacjach mam w planach zacząć pracę nad tym musicalem z Dzikimi Kotami. Co do powieści, pierwsza, „Na końcu schodów”, dotyczy Matki Kolumby Białeckiej, założycielki naszego zgromadzenia i została wydana w tym roku w Wydawnictwie Diecezjalnym w Sandomierzu. Jak do tego doszło? Kilka lat temu matka generalna mnie zapytała: „A może napisałabyś powieść o naszej założycielce?”. Kiedy już zrozumiałam, że nie żartuje, zabrałam się do pracy i okazało się, że umiem to robić. Zaproponowałam więc, że napiszę drugą książkę, o bł. s. Julii. Tematyka wojny i okupacji zawsze była mi bliska, a jeszcze bliższa – główna bohaterka planowanej książki. Może z racji napisania tego libretta, ale chyba jeszcze bardziej dlatego, że s. Julia, kierowniczka zakładu dla sierot w Wilnie i sama sierota, kochająca swoich podopiecznych jak matka i rozumiejąca je jak nikt inny na świecie to dla mnie taki Korczak w spódnicy. Powieść „Wszystko, co tutaj kochałam” powstawała przez dwa lata i zostanie wydana przez Edycję Świętego Pawła w pierwszej połowie 2020 roku.

Skąd w Siostrze takie zamiłowanie do sztuki?
Tak było chyba odkąd zaczęłam chodzić i mówić. Prawdopodobnie odziedziczyłam to po rodzicach – aktorach. Tato, Adam Baumann, nadal pracuje w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama co prawda zrezygnowała z zawodu, ale to właśnie ona zaraziła mnie pasją teatralną i miłością do literatury pięknej. Kiedy byłam mała, czytała mi na dobranoc baśnie Andersena, później podsuwała lektury o wiele za poważne dla dziecka w szkole podstawowej i zawsze o nich ze mną rozmawiała. Chodziłyśmy do kina i teatru na co tylko się dało. Mama pomagała także w reżyserii szkolnych przedstawień teatralnych, w których uczestniczyłam, więc to właśnie od niej otrzymałam najlepszą lekcję teatru, jaką sobie tylko można wyobrazić.

Czy w sztuce jest miejsce na prowokację? Co jakiś czas słyszymy o wystawach, które budzą kontrowersje. Jakie są granice sztuki?
Nie mam nic przeciwko ukazywaniu zła na scenie, ekranie czy płótnie. Nie gorszę się obrazami przemocy i seksu. Pod jednym warunkiem: taki zabieg czy temat musi czemuś służyć, a więc poruszać, zmuszać do refleksji, budzić sumienie, niepokoić. Dla mnie sztuka jest zawsze po coś. I nie chodzi mi, broń Boże, o jakiś pozytywistyczny utylitaryzm, lecz o przesłanie. Tworzę, bo chcę coś ważnego powiedzieć światu. „Artysta nieustannie poszukuje ukrytego sensu rzeczy, z wielkim trudem stara się wyrazić rzeczywistość niewysłowioną” – pisał Jan Paweł II w „Liście do artystów”. Jeśli nie mam nic do powiedzenia, jeśli nie poszukuję tego, co niewysłowione, to z tej mojej sztuki zrobi się w najlepszym wypadku bełkot, w najgorszym – dół z ekskrementami, do którego zostaje wrzucony, często wbrew własnej woli, odbiorca. Druga ważna rzecz: tworzę, bo mam poczucie wspólnoty. Tworzę dla kogoś. Bardzo mnie poruszyło orędzie Carlosa Celdrána na Międzynarodowy Dzień Teatru 2019: „Twoja podróż prowadzi do tej ulotnej chwili, tego momentu niepowtarzalnego spotkania z tobie podobnymi (…). Podróżujesz po ich wnętrzu, przez ich emocje, ich wspomnienia, budzisz je i uruchamiasz”. Granicą sztuki jest moim zdaniem szacunek dla drugiego człowieka (w tym wypadku odbiorcy) i po prostu zdrowy rozsądek czyli inaczej mówiąc: dobry smak. Pierwsza sprawa: forma. Oddanie moczu na scenie czy oprawienie kału w ramkę i nazwanie tego instalacją artystyczną jest parodią sztuki. Druga rzecz: treść. Artysta ma prawo do własnego światopoglądu, który niekoniecznie musi się zgadzać z moim, chrześcijańskim. Ale jeżeli jego celem jest kpina z tego, w co ja wierzę i co dla mnie stanowi wartość nadrzędną, to właśnie przekroczył granicę dobrego smaku. Jeżeli na scenie widzę ostry seks w wykonaniu dwójki aktorów porno albo kopulację z figurą Jana Pawła II, to mam ochotę zapytać: po co? Co ten obraz ma wnosić do mojego życia? Do czego ma mnie inspirować poza pośpiesznym wyjściem z widowni?

Sztuka ma to do siebie, że pozwala tworzyć alternatywną rzeczywistość. W filmie, teatrze, w literaturze czy na płótnie artyści mogą nas wprowadzać w inny świat. Jaki ten świat powinien być? Tylko piękny i kolorowy, żeby nas zachwycać, czy może czasem trudny i wymagający?
Może, a nawet powinien być trudny i wymagający. Gdyby artyści bali się trudnych tematów, nie byłoby „Boskiej komedii” (bo tam jest przecież część zatytułowana „Piekło”), „Zbrodni i kary”, tragedii Szekspira, twórczości dramatycznej Becketta czy Sartre’a. Nie byłoby niepokojącego kina Wajdy i „Pasji” Mela Gibsona. Sztuka jest po to, żeby budzić w człowieku tęsknotę za pięknem i dobrem. Rzeczywistość często od tego ideału odbiega, więc pojawia się pytanie: jak się do niego zbliżać? Gdzie go szukać? My, wierzący, wiemy, że w Ewangelii. Niewierzącym trzeba to powiedzieć na wszelkie możliwe sposoby. Sztuka to jeden z najpiękniejszych języków, w jakim można mówić o tej największej Miłości, w której wszystko nabiera głębi, znaczenia i sensu: Bogu. A to nie jest łatwy temat. Boimy się dotykać spraw wiary – choć tęsknota za Absolutem jest wpisana w ludzką naturę – bo to wymaga przyznania, że nie ze wszystkim sobie radzimy tak świetnie, jak nam się wydawało. Że świat nadal bywa okrutny i niesprawiedliwy. Że kiedy zawodzi rozum, pozostaje zaufać wymykającemu się ludzkiemu poznaniu Boga. Łatwiej szukać półśrodków, tymczasem bajecznie kolorowy zachwyt pozbawiony bolesnej refleksji jest iluzją. Ucieczką od rzeczywistości. Podobnie zresztą jak modna ostatnio w kulturze dekonstrukcja. Dlatego potrzebne są takie tematy jak śmierć, cierpienie, zdrada, przemoc, wojna, choroba, upokorzenie czy odrzucenie. Mówią o kondycji człowieka i prowokują do zadawania sobie pytania, gdzie jest światełko w tunelu. Pytania bardzo ważnego: o nadzieję.

Ostatnio na swoim profilu na Facebooku dzieliła się Siostra wrażeniami o filmie Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”. Muszę przyznać, że to mój ulubiony film. Jakie były Siostry wrażenia?
Zachwycił mnie inteligentny sarkazm i wieloznaczność. Można tę historię oglądać po prostu jako kolejnego „Allena”, doszukując się scenariuszowych smaczków. Albo jak lekkie kino na lato. Można też wraz z bohaterami wyruszyć w nostalgiczną podróż w czasie. Można wreszcie szukać głębi – mądrej i poruszającej. Wybrałam ten ostatni klucz. Dla mnie to nie tyle – a raczej nie tylko – zabawna i nieco absurdalna historyjka o Gilu Penderze, niespełnionym pisarzu, który przenosi się do Paryża lat dwudziestych ubiegłego wieku i spotyka na klimatycznej potańcówce Dali’ego, Hemingwaya, Picassa czy Gertrudę Stein, ale przede wszystkim opowieść o życiu tu i teraz. I o tym, jak ono bardzo boli i uwiera. O tym też, jak często mijamy się z kimś, kto wydawał się nam bliski. I o tym, jak łatwo poszukać sobie jakiejś iluzji, żeby uciec jak najdalej przed rzeczywistością. Tylko że nie da się tak zbyt długo bez alienacji i wpadnięcia w obłęd… Potrzebujemy relacji, takich prawdziwych, z krwi i kości, z całym ich trudem i pięknem. Czyli po prostu – miłości. Bohater jej nie może znaleźć, pomimo że do Paryża przyjechał z narzeczoną na cudowne (w zamierzeniu) wakacje. Znajduje tę miłość w zupełnie niespodziewanym czasie i miejscu. I wtedy rozumie coś, czego do tej pory nie potrafił zaakceptować: najpiękniejsza, najbogatsza i najprawdziwsza jest chwila obecna. Ale też najtrudniejsza do uchwycenia i pokochania, bo, jak mówi sam Gil, „tak już jest z teraźniejszością: zawsze jej czegoś brakuje”. Dla mnie to film o sensie życia – takiego, jakie jest. Bo w nim właśnie spotyka nas to, co ma największą wartość.

Woody’ego Allena trudno kojarzyć z wiarą, religią. Raczej uchodzi za cynika i ironistę. Czy mimo wszystko katolik może wyciągnąć z filmów tego reżysera coś dla siebie?
Odpowiem na przykładzie „O północy w Paryżu”. Po pierwsze dla mnie jako osoby wierzącej nie ma żadnego „indeksu czegoś-tam-zakazanego”. Uważam, że chrześcijanin może, a nawet powinien czytać i oglądać różne rzeczy, choćby po to, żeby wiedzieć, co jest warte przemyślenia, a co stanowi zwykłą prowokację. Po drugie, skoro ta nieco absurdalna (jak to u Allena) opowieść o przenosinach w lata dwudzieste porusza tak ważną kwestię jak zderzenie złudzenia z rzeczywistością, wartość chwili obecnej, sens tworzenia, miłość, to już wystarczający powód, żeby dopuścić tego „bezbożnego” cynika do głosu. Bo przecież nie taki znowu z niego cynik, skoro wkłada w usta filmowego Hemingwaya takie oto słowa: „Tchórzostwem jest nie kochać lub kochać źle, a to jedno i to samo”. Jakie to podobne do słów św. Jana:

„W miłości nie ma lęku,
lecz doskonała miłość usuwa lęk,
ponieważ lęk kojarzy się z karą.
Ten zaś, kto się lęka,
nie wydoskonalił się w miłości.” (1J 4, 18)

Z jego filmów bije ironia w stosunku do świata. Ironia, która jest rodzajem dystansu. Widać to także w „O północy w Paryżu”. Bohaterowie to często ludzi zagubieni, ale poszukujący, którzy nie potrafią ocenić co jest dobre, a co złe. Czy lubi Siostra tego reżysera? A jeśli tak, to za co?
Nie jestem znawcą Allena, choć widziałam kilka jego filmów. Cenię go za dystans do siebie i rzeczywistości, za inteligentne poczucie humoru i zabawę z konwencją komedii, tragedii, melodramatu. W tym całym jego szaleństwie formy zawsze pojawia się pytanie, kim jest człowiek i po co właściwie żyje. A to kluczowe pytanie każdego twórcy. Fascynujące jest to, że można na nie odpowiadać na nieskończoną ilość sposobów. Woody Allen wybrał subtelną groteskę, która mnie po prostu bawi.

Artykuł ukazał się na portalu misyjne.pl