parallax background

Trzy łyżki optymizmu i szczypta taktu…

26 czerwca, 2019
Zakończenie roku szkolnego w ORW
25 czerwca, 2019
Cool-turalnie: Wyspiański i dwa „Wesela”
27 czerwca, 2019
Zakończenie roku szkolnego w ORW
25 czerwca, 2019
Cool-turalnie: Wyspiański i dwa „Wesela”
27 czerwca, 2019

Egzamin z moralnej, żniwa w Kamionce, barszcz o smaku aronii oraz osobiste uświęcenie. Czyli słów kilka o posłudze w klasztornej kuchni.

Wiele wspomnień pozostało w mojej głowie z czasów studenckich, z egzaminów, jednak szczególnie pamiętam egzamin końcowy z teologii moralnej. Na dobry początek Ks. Prof. chcąc jakoś nawiązać dialog zapytał mnie: „co siostra robi, czym się zajmuje na co dzień?” Kiedy usłyszał moją odpowiedź, że pracuję w kuchni (wtedy była to Gdynia i kuchnia dla 14 sióstr i 80 dzieci w przedszkolu przez nas prowadzonym), uśmiechnął się trochę ironicznie i powiedział „Kuchnia? Przecież to żadne apostolstwo, siostro…”

Choć od tamtej pory minęło prawie 13 lat, do dziś pamiętam tamten egzamin i do dziś też (choć z małymi przerwami) pracuję w kuchni i nie mam najmniejszej wątpliwości , że to mieści się w zakresie apostolstwa.

Niezależnie od spełnianych w Zgromadzeniu obowiązków jesteśmy powołane do naśladowania Chrystusa, do dawania o Nim świadectwa życiem, słowem, przykładem…, a zatem do głoszenia, do misji , do apostolstwa, bo taki jest duch naszego dominikańskiego Zakonu. Głosić Chrystusa wszędzie, wszystkim i na każdy sposób. Zatem dlaczego nie w kuchni??? Nie ważne co robię, czy sprzątam korytarz, zamiatam podwórko, kleję pierogi, czy prowadzę katechezę w szkole, śpiewam piosenki z przedszkolakami, karmię dziecko z niepełnosprawnością, wpisuję cyferki w odpowiednie rubryki sprawozdania finansowego lub przygotowuję pismo do odpowiedniego urzędu, układam kwiaty przy ołtarzu czy prowadzę chór, może tylko przyjmując cierpienie trwam na modlitwie…, zawsze mam być apostołem. Zarówno wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, jak i we własnej zakonnej wspólnocie, a może przede wszystkim i najpierw we własnej wspólnocie, wśród swoich mam być apostołem i świadkiem Chrystusa.

Przez lata istniało jakieś niepisane przekonanie, że praca w kuchni to taka „niższa kategoria”, w pewnym sensie upokorzenie, czy wręcz kara. A czym jest przygotowywanie i podawanie posiłków jak nie codziennym spełnianiem uczynków miłosierdzia – głodnych nakarmić, spragnionych napoić…. A któż niby miałby nam gotować???

Dla mnie kuchnia i wszystko, co się z tym obowiązkiem wiąże, to wspaniałe miejsce, to prawdziwa kuźnia, warsztat pracy nie tylko fizycznej, ale i duchowej. To przede wszystkim miejsce służby drugiemu człowiekowi, ale też miejsce poznawania drugiego człowieka, budowania relacji. To odkrywanie siebie, swoich talentów i swoich wad. Z każdym dniem poznaję jakim darem jest dla mnie dany mi w tym właśnie momencie mojego zakonnego życia obowiązek prowadzenia klasztornej kuchni. Pan Bóg doskonale wie, kiedy i w jaki sposób przyjść mi z pomocą i podaje „jak na talerzu” łaskę w postaci siostry, przy której nauczę się cierpliwości, lub sprawi, że ciasto nie wyrośnie albo się spali, żebym nie zadzierała nosa za bardzo do góry. Czasem bywa, że kłócę się Panem Bogiem i pytałam Boże, ale o co Ci chodzi? Po jakimś czasie olśnienie – no tak; pokora, cierpliwość, posłuszeństwo… Bóg pragnie naszej współpracy z Jego łaską. Nie daje „gotowców”, ale stwarza odpowiednią okazję. Takich sytuacji jest mnóstwo. A jakże wzrasta wiara, kiedy trzeba szybko pomodlić się o rozmnożenie, bo za mało naleśników, albo żeby barszcz czerwony był zjadliwy, kiedy przez pomyłkę wlałam do rosołu sok z aronii zamiast koncentratu z buraków, a tu nie ma czasu i trzeba zupę już nalewać…. To wszystko jest niesamowite. Czasem nie wiem czy śmiać się czy płakać kiedy dotrze do mnie na pięć minut przed posiłkiem, że mam nakarmić 40, 60, lub nawet 100 osób. Na szczęście Pan Bóg ma większą głowę ode mnie …, ale czy potrafię Jemu zaufać i nie liczyć tylko na własne siły??? Tego też się uczę.

I z pewnością pojawiają się chwile zmęczenia, zniechęcenia, znużenia, – coś w rodzaju „znowu to samo – gary”, to takie ludzkie. Wtedy modlę się: „spraw Panie, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce”– i najczęściej pomaga. Kiedyś jeden z moich braci chcąc okazać mi współczucie, czy może bardziej wsparcie, gdy kolejny raz otrzymałam posłanie do pracy w kuchni powiedział mi: „…nie martw się, Św. Siostra Faustyna uświęciła się w właśnie w kuchni…” Coś w tym jest!

Często przygotowując posiłek przypominam sobie lata dzieciństwa, kiedy w mojej rodzinnej Kamionce Wielkiej w czasie wakacji pracowaliśmy na polu przy żniwach. Bywało, że marudziłam do mamy, dlaczego to jest takie niesprawiedliwe, że inne dzieci mogą sobie iść nad rzekę i cały dzień świetnie się bawić, a my musimy tak ciężko pracować, w upale, w kurzu, poubierani w długie rękawy i spodnie bo wszystko kłuje… Wtedy usłyszałam od mamy taką odpowiedź: „… dziecko to jest najpiękniejsza praca, bo to praca przy chlebie”. To mnie zadziwiło… Niesamowite, że tak można podejść do ciężkiej pracy na polu. Zrozumiałam też dlaczego tato bardzo dbał, aby dokładnie zbierać kłosy zboża i niczego nie podeptać – to jest ziarno z którego będzie Chleb, ten powszedni i ten eucharystyczny. Od tamtej pory nauczyłam się nie tylko szacunku do tej pracy, ale przede wszystkim do samego chleba. Odkryłam piękno pracy na polu i polubiłam żniwa. Tato zawsze nam powtarzał, że każde ziarno i każdy okruch chleba to dar Boży, że za każde żniwa trzeba Bogu dziękować, bo będzie co jeść. Tymczasem dzisiaj tak bardzo o tym zapominamy. Tak nam łatwo o podeptanie kruszyny chleba, wyrzucenie do kosza, zmarnowanie…

I tak sobie myślę, że moja praca w kuchni to takie właśnie żniwa. Choć kupuję gotową mąkę, nie muszę zbierać kłosów na polu i nie odważyłam się jeszcze sama upiec chleba (jak do dziś robi to moja mama), tak czy inaczej – jest to praca przy chlebie, by było czym nakarmić głodnych. Zatem najpiękniejsza praca. Za każdy dzień tej pracy, często w upale i zmęczeniu DZIĘKUJĘ BOGU. Tego mnie nauczyli moi Rodzice i tego mnie uczy codziennie moje Zgromadzenie i moja krakowska Wspólnota. Ciągle zadziwia mnie ta zwyczajna przecież posługa, każdego dnia odkrywam jej piękno i wartość. Z jednej strony nic wielkiego – przygotować śniadanie, ugotować obiad, coś na podwieczorek lub deser, kolacja i to wszystko. I tak codziennie, od rana do wieczora z przerwą na modlitwy i odpoczynek. A jednak nie wszystko! Jest w tym jakaś tajemnica. Trud i radość – jak we żniwa.

Dla smakoszy jeszcze mały przepis, który kiedyś otrzymałam, a który przydaje się nie tylko w zakonnej kuchni:

„Weź dwanaście miesięcy, obmyj je dobrze do czysta z goryczy, chciwości, pedanterii i lęku, podziel każdy miesiąc na 30 lub 31 części, tak, żeby zapasu starczyło akurat na rok. Każdy dzionek przyrządzaj oddzielnie biorąc po jednej części pracy i dwie części wesołości i humoru. Dodaj do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu, łyżeczkę tolerancji, ziarnko ironii i szczyptę taktu. Następnie masę tę polewaj obficie miłością. Gotowe danie ozdób bukiecikami małych uprzejmości i podawaj je codziennie z pogodą ducha i porządną filiżanka herbaty.”

Smacznego

s. Aneta Homoncik OP