parallax background

W sercu

2 kwietnia, 2020
Nie jak ja chcę, ale jak Ty…
5 marca, 2020
Po cichu…
11 maja, 2020
Nie jak ja chcę, ale jak Ty…
5 marca, 2020
Po cichu…
11 maja, 2020
 

Jeśli chciałabym napisać szczegółowo historię swojego powołania tak naprawdę mu-siałabym opisać całe swoje życie i przeszłość przed pierwszym odczuciem powołania. Dlatego uważam, że słowa z Księgi Proroka Jeremiasza »Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię« (Jr 1,5), są adekwatne, ponieważ już w dzieciństwie, mając może około 8 lat, miałam przebłysk siebie jako siostry zakonnej. Było to chwilowe, ale nie mogę napisać, że był to pierwszy moment powołania. Dlaczego nie? Ponieważ była to tylko kilkusekundowa myśl – nic więcej.

Pierwsze odczucie powołania było dla mnie przerażające, a zarazem nieakceptowane przeze mnie. Był to czas liceum, czas zdawania egzaminu maturalnego, a ja nie mogłam się skupić, bo któregoś dnia wyszłam z Mszy Świętej z niepokojem w sercu, słowami w myślach – „Pójdź za mną”. Co? – Ja nie, ja nie chcę iść do zakonu! Tak – wtedy myślałam, że to był Pan Jezus, ale po około siedmiu latach przekonałam się, że to była jednak Matka Boża. Wmawiałam sobie, że ja nie czuję żadnego powołania. Skąd też miałam to wiedzieć, skoro nigdy wcześniej niczego takiego nie doświadczyłam? Przez tydzień przychodziłam rano do tego kościoła, płacząc (w ukryciu przed rodzicami) i mówiłam (czasami w myślach, ale i szeptem) do Pana Jezusa: „Boże, jak ja nie chcę tego powołania". W trakcie tego wszystkiego jeździłam również jako wolontariuszka do Domu Pomocy Społecznej, prowadzonego przez siostry zakonne - właśnie dominikanki, więc zaczęłam sobie wmawiać, że ja żadnego powołania nie czuję, że mi się wydaje, i że po prostu się naoglądałam tych sióstr. Mówiłam – „Ja do tych sióstr nic nie mam, nawet je lubię, ale ja nie chcę być siostrą zakonną! Pomyliło Ci się coś Panie Jezu, ja się nie nadaję”. Nie widziałam w tym wszystkim żadnej łaski, żadnej. Bardziej czułam lęk niż odrobinę radości.

Nadszedł czas intensywnego przygotowania do matury, ale nie mogłam się skupić przez niepokój w sercu. Któregoś dnia byłam tym wszystkim tak duchowo i psychicznie zmęczona (bo nie mogłam się skupić), że rzuciłam się na ziemię i z płaczem wykrzyczałam WYGRAŁEŚ! WYGRAŁEŚ! Masz mnie, tylko że ja już nie chcę tego wołania, bo zaraz oszaleję! Tylko daj mi skończyć licencjat. W między czasie zakochałam się, ciesząc się i mówiąc „bardzo dobrze, przeszło mi, czyli jednak małżeństwo – dziękuję bardzo”. Jak widać, Pan Jezus dopomniał się (bo pewnie gdyby się nie dopomniał, nie pisałabym teraz swojej historii). Pewnie teraz pomyślicie, cóż koniec historii, trzeba było w końcu odpowiedzieć, ale nie – ja zwiałam (jak biblijny Jonasz). Podczas gdy Pan Jezus lub Matka Boża (nie wiem, tego dowiem się w niebie) się dopomnieli, powiedziałam „nie, nie, nie – mnie to się na tych studiach nawet podoba, ja pójdę na drugi kierunek”. Z uwagi na to, że zależało mi żeby jak najdłużej studiować stwierdziłam, że muszę iść na coś, co jest jednolite. Zostało mi do wyboru prawo, psychologia i teologia (to są jednolite kierunki na uczelni, na której studiowałam). Stwierdziłam: pójdę na teologię, zostanę katechetką po problemie, przecież to podobne jest. Jednakże bliżej mojego ówczesnego wydziału znajdował się Wydział Nauk Społecznych. Stwierdziłam, że zacznę studiować psychologię, w końcu to jest na „P” i to jest na „P” (tzn. powołanie). Tak mijały mi studia. Odkochałam się, później miałam też inny związek, na którym nie do końca mi zależało, ale udawałam, że tak jest. Oszukiwałam sama siebie, wiedząc, że czuję inaczej. Kilkanaście razy NIEBO dopominało się o mnie, np. ratując mi życie i zdrowie w trakcie wypadku pieszy kontra auto (byłam pieszym), a ja i tak mówiłam: „jeszcze mnie wpędź w wyrzuty sumienia Panie Jezu” lub „Panie Jezu, ja już tak dużo zrobiłam, żeby do tego zakonu nie iść – proszę doceń to”.

Tak naprawdę nie umiałam przyznać przed sobą, że mimo mojego płaczu i szarpania się z Panem Jezusem i Matką Bożą, przyszedł moment, że ja już chciałam iść do tego zakonu. Wiedziałam, że być może nie umiem nikogo kochać lepiej niż Pana Jezusa, choć uważam, że ON kocha mnie bardziej.

W wakacje tego roku odbyłam ósmą pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Grupa, w której zwykle pielgrzymowałam przechodziła reorganizację (tzn. zmianę barwy i dodanie głównej intencji modlitewnej jako wspólnota). Patronką grupy okazała się Św. Urszula Ledóchowska, a główną intencją była modlitwa o powołania i dobre rozeznanie drogi życiowej. Kiedy się o tym dowiedziałam, pomyślałam mhm…. może ja grupę zmienię, albo w ogóle nie pójdę. Byłam w trakcie kończenia drugiego tytułu magistra. Wróciło, wszystko wróciło w Sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu, znów poczułam niepokój w sercu, który już kilkanaście razy mnie męczył. Wyszłam stamtąd płacząc, jednocześnie ciesząc się, ale i mając poczucie „Panie Jezu przecież tak wiele zrobiłam, żeby od tego uciec….” Jak widać nie uciekłam, ale mam nadzieję, że Matka Boża i Pan Jezus wiedząc co robią, bez względu na to, czy wytrwam w tym powołaniu czy nie. „Moc bowiem w słabości się doskonali”.

Aspirantka Sonia