Paralaksa tła

Wiedziałam, że mam wrócić

Kwiecień 4, 2019
Czym się Panu odpłacę?
Marzec 7, 2019
Wybrać drogę – s. Doloria
Maj 2, 2019
 

Siostra Łucja posłuszna Ojcu świętemu zachęcającemu młodych, by rozmawiali z dziadkami i babciami, zwróciła się do mnie, bym dla „Okruszyny” napisała coś o swoim powołaniu. Tę rubrykę w naszym miesięczniku zasadniczo okupują młode siostry. A teraz ja, urodzona w czasie drugiej wojny światowej? Ale jeżeli prosi Główna Redaktorka miesięcznika, to niegrzecznie by było nie spełnić prośby.

Wobec tego: pochodzę z malowniczej wioski Korzenna, położonej w odległości 15 km od Nowego Sącza, z rolniczej, głęboko wierzącej rodziny. Pacierz rano i wieczorem. W niedziele i święta nikt – a mam troje starszego rodzeństwa – nie pomyślał, żeby nie iść do kościoła na Mszę św. W maju, czerwcu, październiku, kto nie był w tym czasie zajęty pracą w polu czy wokół domu, przy dobytku, starał się być na nabożeństwach w kościele. Od wczesnego dzieciństwa pamiętam, że jak się rano budziłam, dolatywał do mnie głos mamy, krzątającej się po kuchni i śpiewającej Godzinki o Najświętszej Maryi Pannie. W niedzielę po południu były Nieszpory. Do dziś podczas Liturgii Godzin wzruszam się przy psalmie 147, Chwal Jeruzalem Pana, bo jako dziecko „widziałam” dziejącą się jego treść: On prószy śniegiem jak wełną/ i szron jak popiół rozsypuje./ On grad rozrzuca jak okruchy chleba,/ od Jego mrozu ścinają się wody./ Posyła słowo i lód topnieje,/ powieje wiatrem i rzeki płyną. Z zachwytem, w wyobraźni „widziałam” podczas niedzielnych Nieszporów, jak wczesną wiosną po naszych górkach spływają te wody.

Szkołę podstawową – wówczas siedmioklasową – skończyłam w Korzennej w 1955 r. To były czasy trudne, niewiele lat po wojnie; młodzież wiejska przyzwyczajona do pracy, szybciej dojrzewała do życiowych decyzji. Już od półrocza siódmej klasy decydowało się o tym, co dalej?

Mnie pociągało „być nauczycielką”, ale równie mocno „być zakonnicą”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że do tych dwóch „pociągów” można wskoczyć równocześnie. A przecież w Zgromadzeniu Sióstr św. Dominika od początku przy każdym klasztorze była szkoła. Po wojnie odebrano siostrom szkoły i pozbawiono możliwości nauczania. Zdecydowałam, że jednak chcę iść do klasztoru. W Korzennej od niedawna były Siostry Dominikanki, więc przed końcem roku szkolnego, udałam się do nich z tą wiadomością. One owszem, ucieszyły się, ale powiedziały, że trzeba najpierw skończyć szkołę średnią i dopiero wtedy się zgłosić. Hmm, co teraz?

Nie minął tydzień od tej rozmowy, a Siostry mi mówią: była u nas Matka Generalna i powiedziała, że cię przyjmie. Decyzja jest, idę do klasztoru do Białej Niżnej koło Grybowa. Radość, będę przyjęta!

Jaka była moja motywacja do pójścia do zakonu? Charyzmat? Nic nie wiedziałam o charyzmatach. Strój? Nie jestem na to wrażliwa. Ja chciałam służyć Panu Bogu. Wiedziałam już, że w zakonie składa się trzy śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz mniej więcej co to znaczy.

Mama nawet się cieszyła, że „z córki Kościół będzie miał pożytek”. Gdy oznajmiłam tacie, że chcę iść do zakonu, to mi powiedział: „ty myślisz, że zakonnice tylko się modlą i chodzą ładnie ubrane; tam trzeba robić!!”. No, to będę robić. Dzień przyjazdu do Białej Niżnej Matka Generalna wyznaczyła na koniec sierpnia. Odwieźli mnie do klasztoru mama z chrzestnym ojcem. Tato został w domu. Przy pożegnaniu poprosiłam go o błogosławieństwo. Wzruszony (coś mu się działo z oczami) – pobłogosławił i powiedział: „Jak ci będzie źle, to się wróć”.

Po niedługim czasie od przyjęcia do Postulatu radość coraz bardziej gasła i chociaż nikomu o tym nie mówiłam, siostry to zauważały. Przyczyna tego stanu? Ogromna tęsknota za rodziną, za domem. Przez te 14 lat mojego życia ani jednej nocy nie spędziłam poza rodziną. W takim stanie psychicznym wszystko blednie, obserwancje zakonne denerwują. Nasza Siostra Mistrzyni – doświadczona nauczycielka i pedagog – poradziła mi, żebym poprosiła Matkę Generalną o pozwolenie pójścia na tydzień do domu. Matka pozwoliła. W domu powiedziałam, że nie wracam do klasztoru. I cóż z tego? Z każdym upływającym dniem tego tygodnia wyraźniej wiedziałam, że mam wrócić. Dziś bym to tak określiła: szczeniaczkowi wydawało się, że biega sobie swobodnie na końcu około dziesięciokilometrowej smyczy, ale ręka trzymająca drugi koniec jest w tabernakulum w Białej Niżnej i z każdym dniem tygodnia Pan Jezus skracał linkę, aż w wy¬znaczonym terminie przyprowadził szczeniaka przed Siebie. Jestem Mu za to niezmiernie wdzięczna!

Zgromadzenie wysłało mnie do szkoły średniej, na studia, po drodze była różna praca, m.in. katecheza. Pod koniec studiów na KUL-u moja Alma Mater zaproponowała mi angaż przy Katedrze Etyki. Matka Generalna się zgodziła.

Tak więc – zostałam i zakonnicą i nauczycielką.
Niech Bóg będzie uwielbiony we wszystkich dziełach swoich!

s. Narcyza Wojtarowicz OP