Paralaksa tła

Znaleźć swoje miejsce…

Styczeń 24, 2019
Szczęście, które się nie kończy…
Grudzień 14, 2018
Otworzyć się na Miłość
Luty 7, 2019

Myśl o pójściu do zakonu pojawiła się u mnie tak mniej więcej między 3 klasą gimnazjum, a pierwszą klasą liceum. Na początku ją odrzucałam, jednak gdy ona uporczywie wracała, uznałam, że takie uciekanie jest bez sensu i w niczym mi nie pomoże, i że powinnam to zbadać. Pytałam więc Boga, o co Mu chodzi, skąd te myśli? Czy to od Niego pochodzi, czy też to jakiś mój dziwny wymysł? Zasypywałam Go masą pytań. Więc On zaczął odpowiadać…

Odpowiedzi te były bardzo wyraźne, szczególnie w słuchanym bądź czytanym przeze mnie Jego słowie, ale nie tylko… Z początku przyznam szczerze, że cieszyłam się z tych odpowiedzi i nawet podobała mi się ta „wizja” mnie w zakonie. Cały czas jednak było to dla mnie dość dziwne i podejrzane… Konsultowałam więc to z pewnym Księdzem no i oczywiście z Bogiem.

Szybko jednak ta moja chęć pójścia do zakonu zamieniła się w niechęć… Uznałam, że to jakieś nieporozumienie, że to przecież niemożliwe żebym ja miała iść do zakonu… No jak… ja? Przecież ja się nie nadaję…

Niedługo potem Ksiądz, który wtedy był jedyną osobą, z którą rozmawiałam o tym wszystkim zaproponował mi wyjazd na dni skupienia u sióstr w Krakowie. Nie były to jednak Dominikanki – wtedy ich nawet nie znałam. Pojechałam więc raczej z ciekawości i z tego względu, że było to w Krakowie – moim ukochanym mieście.

Było to dla mnie coś zupełnie nowego, gdyż nigdy wcześniej nie byłam na żadnych rekolekcjach ani dniach skupienia u sióstr. Uznałam jednak, że skoro już tam jestem to postaram się skupić, wyciszyć, porozmyślam na spokojnie. Dałam Bogu można powiedzieć wolną rękę – jak mnie chcesz w zakonie to coś zrób, a jak nie, to nie… Bóg skorzystał więc z okazji i bardzo wyraźnie dał mi do zrozumienia, że to On mnie powołuje. Chciałam więc Mu udowodnić, że przecież to nie możliwe… On wcale mnie nie powołuje… Wymyślałam różne wymówki, argumenty przeciw temu… A On, na każde moje „ale” odpowiadał cierpliwie „Pójdź za Mną”. W końcu wszystkie moje „ale” się skończyły… Zrozumiałam, że nie ma co wymyślać, że to chyba to… A nawet to na pewno ta droga.

Zaczęłam więc szukać… Czytałam o różnych zgromadzeniach i tak też można powiedzieć znalazłam Dominikanki. Zainteresowały mnie one bardzo. Czytałam o nich, szukałam jakichś informacji.

Potem jednak znów przyszedł czas ucieczki, odrzucenia opcji pójścia do zakonu. To przechodziło takimi falami… Raz chciałam iść do zakonu, to wydawało się takie super i w ogóle, że to jest to, a zaraz potem już nie chciałam i wydawało mi się to śmieszne, że wcześniej chciałam… I tak w kółko…

Gdy jednak znów byłam na etapie że chcę, zapragnęłam bliżej poznać Domini-kanki, spotkać się z nimi. Napisałam więc do s. Łucji. Jednak taki kontakt mailowy to było za mało. Chciałam się spotkać. Udało mi się to dopiero za 3 podejściem… Tak do końca to sama nie wiem, jakim cudem mi się to udało… Wszystko było na ostatnią chwilę. Byłam umówiona z s. Łucją, ale nie miałam ani zgody rodziców na wyjazd, ani nie wiedziałam jak się tam do nich w ogóle dostać. Niby sprawdzałam pociągi i autobusy i coś tam jechało, ale nie byłam do tego przekonana. Zgodę od rodziców otrzymałam – tak może godzinę przed wyjazdem. A w sumie to rodzice nawet nie wiedzieli gdzie i po co tak naprawdę jadę. Byli przekonani, że pojechałam z przyjaciółką do Krakowa oglądać mieszkania. A ja, jechałam z moim Księdzem wikarym, który na szczęście w ostatniej można by rzec chwili, zgodził się mnie zawieźć, a gdzie i po co to dowiedział się po drodze, do Białej Niżnej na rekolekcje. W sumie to gdyby nie on, to przypuszczam, że w ogóle bym nie pojechała na te rekolekcje…

W Białej byłam zaledwie dwa dni. Tyle mi wystarczyło. Wiedziałam, że to jest to. Następnego dnia, po rozmowie z s. Łucją, pojechałam do Krakowa do Domu Generalnego, na rozmowy o przyjęcie. O jakiż pokój był w mojej duszy po podjęciu tej decyzji i jak wielka radość, gdy mnie przyjęto! Radość, że w końcu znalazłam swoje miejsce…

Aspirantka Klaudia