Paralaksa tła

Zostawili łódź i ojca i poszli za Nim…

6 lutego, 2020
Kolędowanie w Gdyni
6 lutego, 2020
Nocne Czuwanie w lutym
8 lutego, 2020

To właśnie w Łodzi zaczęła się moja życiowa wędrówka. Tam stawiałam swoje pierwsze kroki. Tam jeździłam na rowerze, grałam w piłkę, tańczyłam, rozwijałam się muzycznie, dużo podróżowałam... Tam budowałam swoje pierwsze relacje, przeżywałam różne miłości, uczyłam się tolerancji, szacunku, kultury... Nie zdawałam sobie sprawy, że w tej zwykłej codzienności nie jestem sama…

Od dziecka chodziłam do kościoła i na chodzeniu się kończyło. Po I Komunii Świętej nawet przez pewien okres czasu śpiewałam w scholi, ale to tylko ze względu na muzyczne zamiłowanie. W podstawówce zaczęłam trenować piłkę nożną i przez turnieje brakowało czasu na próby – mówi się trudno. Kilka lat później drużyny nie było a muzyczne pragnienia nie pozwalały o sobie zapomnieć. „Może wrócę do scholi...?” Pozytywnie rozpatrzyłam tą propozycję – wróciłam. Tylko był jeden problem – byłam już nieco starsza, więc przyszedł czas na zespół młodzieżowy. Nic nie stałoby na przeszkodzie, gdyby nie to, że prowadziły go Siostry Dominikanki. „O nie! Ja z tymi zakonnicami śpiewać nie będę! W życiu!”. Po głębszych namysłach uznałam to za lepsze niż bezczynne siedzenie w ławce. Na pierwszej próbie Siostry krzyczały, że dziewczyny nie noszą śpiewników. „Wiedziałam, że tak będzie. One są straszne.” – wzdychałam.

Jednak z czasem wszystko się zmieniło. Zobaczyłam w nich coś niesamowitego, a mianowicie człowieka. Człowieka, który w pełni oddał się Miłości. To właśnie Siostry pomogły mi stawiać pierwsze kroki na duchowej drodze. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się różne myśli dotyczące życia zakonnego. Ja natomiast twardo mówiłam: „Hola, holaaa! Do klasztoru? O nie, nie, nie!”, „Ja będę mieć wspaniałego męża, dzieci…”, „Nie nadaję się do klasztoru! Ja? Człowiek, który uwielbia imprezować, podróżować, kocha sporty i aktywność fizyczną – o nie, nigdy w życiu tam nie pójdę!”. Jak to mówią – nigdy nie mów nigdy. Jeden Pan Bóg wie, jak to się stało, że uległam i otworzyłam Mu, gdy pukał do drzwi mego serca. Wiem jedno – to uległość, której nie żałuję.

W każdym momencie (tym pięknym i tym trudnym też) widzę Jego Miłość. To On ze mną skakał z radości, gdy się cieszyłam. To On podawał mi pomocną dłoń, gdy upadałam. To On był, jest i zawsze przy mnie będzie. To On zaprosił mnie do wyjścia z „Łodzi” jak niegdyś apostołów.

Święta Siostra Faustyna, która jest patronką Łodzi, też trzymała rękę na pulsie. Często w jej „Dzienniczku” szukałam różnych wskazówek i odpowiedzi na nurtujące moją duszę pytania. To właśnie ona rzucała mi koło ratunkowe, gdy wypadałam za burtę. To ona nauczyła mnie mówić „Jezu ufam Tobie”, gdy tonęłam w trudach życia. To ona podpowiadała co robić i jak „nie bać się wypłynąć na głębię” (Łk 5, 1-11). To właśnie ona pokazuje mi i uświadamia, że „z Nim idę do pracy, z Nim idę na rekreację, z Nim cierpię, z Nim się cieszę, żyję w Nim a On we mnie. Nigdy nie jestem sama, bo On mi jest stałym towarzyszem” (Dzienniczek 318).

On mnie prowadzi – gdy gubię się w tym wielkim klasztorze i dochodzę do chłodni z pościelą, którą miałam zanieść do pralni. Podnosi – gdy siadam na modlitwach, kiedy wszyscy stoją. Oświeca – gdy zapominam o swoich obowiązkach a nadciąga Siostra Mistrzyni. „Wszystkie moje niedostatki uzupełnia Jezus we mnie – Jego łaska, która działa nieustannie” (Dzienniczek 392). On kocha mnie taką, jaka jestem! Ciebie też – tak Ciebie!

Aby chodzić po wodzie, trzeba wyjść z „Łodzi”, więc uśmiechnij się i zaufaj Jego Miłości, bo „tam gdzie Miłość – tam jest dobrze! (Sł. B. M. Kolumba Białecka).

Aspirantka Wiktoria