V Niedziela Wielkanocna
18 maja, 2019
Wniebowstąpienie Pańskie
31 maja, 2019
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie". (J 14, 23-29)

Zostałam poproszona o rozważanie dzisiejszej Ewangelii. Siedzę przed ekranem komputera i usiłuję coś wymyślić. I nic. Pustka w głowie. Cały mój talent literacki wzięło w łeb. To jest właśnie ten moment, kiedy bardzo mocno docierają do mnie słowa: „A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca”. Głoszenie Ewangelii to nie jest „wymyślanie”. Popis elokwencji. Jakaś katolicka „bitwa na głosy”. Głoszenie Ewangelii to przede wszystkim umiejętność milczenia. Bo tylko w ciszy można usłyszeć Parakleta. On mówi za nas i w nas. On może sprawić, że będziemy się budzić i zasypiać razem z Nim, wychodzić do pracy razem z Nim, spotykać się z przyjaciółmi razem z Nim. On może sprawić, że będziemy Nim oddychać. I tylko postawa ucznia, zasłuchanego w głos Ducha i porwanego Jego nauką, gwarantuje skuteczność głoszenia Słowa w świecie, gdzie Słowo jest wyśmiewane i zalewane hejtem. Kilka miesięcy temu należałam do facebookowej grupy „Rodzice nastolatków”. Tak po prostu - bo byłam ciekawa, jacy są rodzice młodzieży, którą uczę. Czym żyją, co ich cieszy i bawi, jakie mają kłopoty, z czym się zmagają. Nie byłam aktywna aż do dnia, kiedy spontanicznie wrzuciłam tam niewinną, neutralną światopoglądowo anegdotkę dotyczącą pewnego nastolatka. Zabawną i nikogo nie obrażającą. Kiedy grupowi „rodzice nastolatków” zorientowali się, że jestem siostrą zakonną, zostałam nazwana „członkiem mafii”, „obrończynią pedofilów”, a pytania w rodzaju „co ty, zakonnico, możesz wiedzieć o wychowywaniu dzieci?!” to był najdelikatniejszy rodzaj uzewnętrznienia stosunku emocjonalnego do mojej osoby. Jak zareagowali administratorzy? Zablokowali mnie. Pomyślałam sobie, jak bardzo niektórych ludzi razi sam fakt bycia po stronie Słowa. „Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. (...) Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi” (1Kor 1,18.22—25). – pisał święty Paweł. Dwa tysiące lat później te słowa są nadal boleśnie aktualne. Bycie kapłanem, siostrą zakonną, katechetą – ba! – chrześcijaninem w ogóle, to wybór wąskiej ścieżki odrzucenia, zepchnięcia na margines, a w najlepszym wypadku – lekceważenia. Z drugiej jednak strony są chwile, kiedy namacalnie doświadczam obecności Parakleta i to niekoniecznie wtedy, kiedy się tego spodziewam. Parę dni temu miałam lekcję z niezbyt żądną wiedzy religijnej klasą drugą liceum. Jeden z chłopaków miał przygotować referat o eutanazji. Trochę się obawiałam, że nie potraktuje zadania poważnie. Potraktował bardzo poważnie. Temat przedstawił wnikliwie, rzetelnie, a w dodatku z ogromną kulturą wypowiedzi. Poglądy jednak miał dość liberalne (czego się akurat spodziewałam). Po jego wystąpieniu wywiązała się dyskusja. Większość, o dziwo, wcale nie opowiadała się za eutanazją. Mało: jeden z kolegów referenta wstał i zdecydowanym głosem oświadczył: „Cierpiącego konia bym dobił, ale człowiek oprócz ciała posiada jeszcze duszę”. Zamarłam i zaczęłam się zastanawiać, czy to sen, czy jawa. I czy to aby na pewno TA klasa. Powiało Mocą z wysoka. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że nauka, którą głoszę, nie jest moja, lecz Tego, który mnie posłał. I że jestem uczniem Ducha Świętego. Świadkiem Słowa. A ono staje się Ciałem na moich oczach. I robi mi niespodzianki.